Wyrok S.O. w Piotrkowie Trybunalskim jako wzorcowy przykład łączenia sztuki orzeczniczej z piękną prozą i odwołaniami do literatury - Pokój Adwokacki
snapchat
menu
Szukaj

Wyrok S.O. w Piotrkowie Trybunalskim jako wzorcowy przykład łączenia sztuki orzeczniczej z piękną prozą i odwołaniami do literatury


Wyrok Sądu Okręgowego w Piotrkowie Trybunalskim z dnia 24 kwietnia 2017 r., IV Ka 91/17:

Przypomnijmy, że według tej dosyć zabawnej wersji A. M. bez żadnego sprzeciwu zdecydowała się w nocy zawieść swojego kompletnie pijanego męża na stację paliw, aby ten mógł sobie ( około północy) kupić papierosy. Już to wydaje się mało prawdopodobne, a na pewno jest nielogiczne, przecież A. M. w takiej sytuacji mogłaby sama pojechać na stację paliw po papierosy, a towarzystwo pijanego męża nie było jej do niczego potrzebne. Dalej ta opowieść staje się jeszcze bardziej absurdalna. Otóż po wjechaniu do rowu i nakrzyczeniu na nią przez męża A. M. miała uciec do pobliskiego lasu nie wzywając pomocy, nie troszcząc się o los samochodu i męża i pozostawiając w stacyjce pojazdu kluczyki. Jest to niedorzeczne. Przecież na początku tej historii A. M. jawi się jako kochająca, uczynna i dobroduszna żona, dla której nocna wycieczka po papierosy dla pijanego męża to nic nadzwyczajnego i niczym P. jest gotowa do poświęcenia się dla małżeństwa. Co prawda przywołana mityczna postać miała na męża czekać wiernie przez 20 lat odpierając zaloty adoratorów, gdyż w tym czasie ten walczył na wojnie trojańskiej, a potem przemierzał morza zmagając się z losem i wolą bogów, a A. M. miała tylko pojechać po papierosy bo jej pijany maż miał taką zachciankę, ale jakie czasy taki O. i P. ( o tempora o mores jakby zakrzyknął C.). Nadmienić należy, że wszystkie te mity ( Iliadę, Odyseję, oraz historię wspólnego pojechania przez małżonków M. po papierosy) Sąd Okręgowy uznaje za równie mało prawdopodobne, przy czym H. oddać należy, że stworzył dzieła wybitne i nieocenione pod względem wpływu na kulturę i sztukę, a małżonkowie M. na szczęcie nie. Wracając jednak na grunt rozpoznawanej sprawy zastanowić należy się, cóż się niby stało, że ta dobra kobieta ( A. M.) kilka minut po okazaniu swej małżeńskiej miłości, dobroci i skłonności do poświęceń porzuciła męża w rozbitym samochodzie, nie zatroszczyła się o jego bezpieczeństwo, nie wezwała pomocy, a w dodatku pozostawiła w samochodzie kluczyki, choć chwilę wcześniej tak roztropnie zadbała o to, aby jej małżonek nie prowadził samochodu?

Z uzasadnienia:

Przypomnijmy, że według tej dosyć zabawnej wersji A. M. bez żadnego sprzeciwu zdecydowała się w nocy zawieść swojego kompletnie pijanego męża na stację paliw, aby ten mógł sobie ( około północy) kupić papierosy. Już to wydaje się mało prawdopodobne, a na pewno jest nielogiczne, przecież A. M. w takiej sytuacji mogłaby sama pojechać na stację paliw po papierosy, a towarzystwo pijanego męża nie było jej do niczego potrzebne. Dalej ta opowieść staje się jeszcze bardziej absurdalna. Otóż po wjechaniu do rowu i nakrzyczeniu na nią przez męża A. M. miała uciec do pobliskiego lasu nie wzywając pomocy, nie troszcząc się o los samochodu i męża i pozostawiając w stacyjce pojazdu kluczyki. Jest to niedorzeczne. Przecież na początku tej historii A. M. jawi się jako kochająca, uczynna i dobroduszna żona, dla której nocna wycieczka po papierosy dla pijanego męża to nic nadzwyczajnego i niczym P. jest gotowa do poświęcenia się dla małżeństwa. Co prawda przywołana mityczna postać miała na męża czekać wiernie przez 20 lat odpierając zaloty adoratorów, gdyż w tym czasie ten walczył na wojnie trojańskiej, a potem przemierzał morza zmagając się z losem i wolą bogów, a A. M. miała tylko pojechać po papierosy bo jej pijany maż miał taką zachciankę, ale jakie czasy taki O. i P. ( o tempora o mores jakby zakrzyknął C.). Nadmienić należy, że wszystkie te mity ( Iliadę, Odyseję, oraz historię wspólnego pojechania przez małżonków M. po papierosy) Sąd Okręgowy uznaje za równie mało prawdopodobne, przy czym H. oddać należy, że stworzył dzieła wybitne i nieocenione pod względem wpływu na kulturę i sztukę, a małżonkowie M. na szczęcie nie. Wracając jednak na grunt rozpoznawanej sprawy zastanowić należy się, cóż się niby stało, że ta dobra kobieta ( A. M.) kilka minut po okazaniu swej małżeńskiej miłości, dobroci i skłonności do poświęceń porzuciła męża w rozbitym samochodzie, nie zatroszczyła się o jego bezpieczeństwo, nie wezwała pomocy, a w dodatku pozostawiła w samochodzie kluczyki, choć chwilę wcześniej tak roztropnie zadbała o to, aby jej małżonek nie prowadził samochodu ?. Nie stanowi wytłumaczenia tej zmiany postawy twierdzenie świadka, że była w szoku, bo najpierw wyskoczyła jej na drogę sarna w wyniku czego wjechała do rowu, a potem mąż na nią nakrzyczał – jej zachowanie byłoby skrajnie nieracjonalne nawet w takich okolicznościach. Ponadto wręcz satyrycznie brzmi wersja, że A. M. w tej sytuacji uciekła do lasu. Zapewne czytając powieści historyczne H. S. oskarżony i jego żona utrwalili sobie wiedzę, że w sytuacjach zagrożenia chłopi uciekali do lasu, ale zapomnieli, że dotyczyło to najazdów szwedzkich, tatarskich i kozackich mających miejsce kilkaset lat temu, a nie bardzo pasuje do sytuacji wjechania samochodem do rowu w centrum Polski w XXI wieku. Gdyby faktycznie A. M. prowadziła samochód, gdyby faktycznie po wjechaniu do rowu postanowiła uciekać przed mężem ( pomijając omówioną wcześniej kwestię nieracjonalności takiego zachowania), to nie szukałaby schronienia w lesie, tylko udałaby się poboczem drogi do pobliskiego domu ( bo daleko nie odjechała, zresztą zeznała, że po wszystkim tak właśnie wróciła do domu), albo zatrzymywała przejeżdżające pojazdy z prośbą o pomoc ( bo takie były, o czym szerzej za chwilę). Ponadto przy założeniu, że była to tak płochliwa kobieta, że uciekała z samochodu bo mąż na nią nakrzyczał, to raczej nie udawałaby się o północy do ciemnego lasu. Opowieść ta jest tym bardziej niedorzeczna, że A. M. zeznała, jakoby przebiegła 300 metrów do linii lasu, potem w tym lesie ukrywała się obserwując drogę ( zapewne chcąc oddać cześć wspomnianym poprzednim pokoleniom naszych rodaków ukrywającym się po chaszczach przed wrażymi wojskami), widziała przyjazd policji ale nawet wówczas nie wyszła z lasu ( mimo, że była trzeźwa) tylko udała się do domu. Ta absurdalna wersja została wymyślona przez oskarżonego i jego żonę tylko w jednym celu – aby jakoś wytłumaczyć, dlaczego przejeżdżający krótko po wjechaniu samochodu prowadzonego przez oskarżonego do rowu tamtą drogą świadkowie nie widzieli żadnego pieszego poruszającego się poboczem. Dlatego małżonkowie M. wymyślili ucieczkę żony do lasu nie bacząc, że ta linia obrony w tym momencie przekracza już takie granice nonsensu, że trudno ją traktować inaczej niż w kategoriach humorystycznych.

Sąd Rejonowy słusznie odmówił wiary zeznaniom świadka J. B. i również nie jest tak, jakoby jedynym powodem nie dania mu wiary było to, że sam się zgłosił na policję namówiony przez oskarżonego i że jest jego kolegą. Nie dano mu wiary ( zasadnie), bo jego zeznania są nielogiczne, sprzeczne z doświadczeniem życiowym i wewnętrznie antynomiczne. Otóż świadek ten zeznał, że jadąc nocą (około 23.00) na nieoświetlonej drodze ( co sam przyznał) rozpoznał, że za kierownicą jadącego z naprzeciwka pojazdu siedzi A. M.. Jest to nieprawdopodobne, każdy, kto ma osobiste doświadczenie jako kierowca wie, że nie sposób w czasie jazdy nocą w nieoświetlonym terenie rozpoznać twarzy kierowcy mijanego samochodu o ile w samochodzie tym nie włączono wewnętrznego oświetlenia, a o niczym takim świadek nie wspominał. Ponadto świadek zeznał, że nie rozpoznał osoby siedzącej na fotelu pasażera, nawet nie był pewien jego płci ( „ wyglądał na mężczyznę”). Obnaża to wewnętrzną sprzeczność tych zeznań, bo świadek z jednej strony jakimś cudem miał widzieć twarz kierującego pojazdem, a jednocześnie nie miał możliwości zobaczenia, kto siedzi obok. Dlatego słusznie nie dano wiary tym zeznaniom.

Słusznie nie dano wiary zeznaniom W. P., nie jest bowiem logiczne, żeby w obecności oskarżonego i w jego żony, widząc, że to żona oskarżonego ma prowadzić samochód, dzwonił na policję informując, że to „skrajnie pijany” oskarżony odjechał jako kierujący tym pojazdem. Po pierwsze, zgłaszałby wtedy świadomie nieprawdę, po drugie, nie mówił policjantowi o tym, że oskarżony zamierza prowadzić ten pojazd, tylko, że już nim odjechał. Dlatego tłumaczenia się z tej sytuacji przez świadka na rozprawie były nielogiczne, sprzeczne z zapisem jego kategorycznego zgłoszenia na policję ( ujawnionego świadkowi na rozprawie, świadek potwierdził swój glos) i jako takie niewiarygodne.

Orzeczenie, które warto przeczytać w całości, dostępne jest tu.

komentarze