snapchat
menu
Szukaj

Nasz luksus to cierpienie zwierząt, adw. Joanna Parafianowicz

Zwierzę nie jest przedmiotem, lecz żywą istotą. Odczuwającą – nie tylko głód, pragnienie i temperaturę otoczenia, ale także ból, cierpienie, strach, rozpacz rozstania, z drugiej zaś strony – radość, spokój, przywiązanie. Wierzę, że także miłość. Człowiek jest zwierzętom winien poszanowanie, ochronę i opiekę. Nie tylko z tego względu, że stosowna ustawa tak stanowi, lecz przede wszystkim z tej przyczyny, że nasze człowieczeństwo mierzy się współczuciem, zrozumieniem i tolerancją dla innych, zwłaszcza słabszych.

Tymczasem, dzięki mediom i aktywistom organizacji pozarządowych, niezwykle często dowiadujemy się o losie zwierząt zgotowanym przez ludzi. Przykładów jest niestety wiele, jak choćby dramat jagniąt idących na rzeź. Przez długie lata pozostawał tajemnicą, ale dziś wiemy, że choć podczas transportu, zgodnie z przepisami, na metrze kwadratowym nie powinno być więcej niż pięć jagniąt, w praktyce w jednej ciężarówce bywa ich o 200 za dużo. Wprawdzie podróż nie powinna trwać więcej niż 29 godzin, w rzeczywistości wydłuża się do ponad 31. Zgodnie z literą prawa, woda powinna zostać podana już po 2 godzinach drogi, w praktyce, jednakże zwierzęta są pozbawione dostępu do niej znacznie dłużej. Niektóre zaś, zwłaszcza mniejsze – nieodsadzone i ze względu na wiek potrafiące pić tylko mleko matki, nie mogące skorzystać z poideł dla zwierząt dorosłych, w ogóle wody nie otrzymują. Co dzieje się dalej? Bicie po głowie młotkiem, rażenie prądem we wrażliwe miejsca czy przepędzanie zwierząt z poważnymi urazami nóg – to tylko niektóre z obrazów znęcania, zarejestrowane przez dziennikarzy i ujawniane światu w reportażach.

Tajemnicą nie są już zaniedbania i nieprawidłowości w sposobie traktowania koni wożących turystów w Tatrzańskim Parku Narodowym. Zwierzęta niemal całe życie ciągną ponadnormatywny ciężar, a u jego kresu wysyłane są do rzeźni. Karpie duszące się w plastikowych reklamówkach to obrazek, który mimo starań osób zaangażowanych w ochronę zwierząt, nadal może z powodzeniem konkurować z wizerunkiem świętego Mikołaja dźwigającego worek z prezentami, jako symbolu świąt obchodzonych z okazji narodzin Chrystusa.

Zupełnie odrębnym zagadnieniem jest społeczne i ustawowe (niedawno znacznie rozszerzone) przyzwolenie na polowania, które jednakże jest tylko częścią większego problemu, jakim jest nie tyle jedzenie mięsa, co jego nadprodukcja i spożywanie w ilościach znacznie wykraczających poza rozsądną i wynikającą z ewentualnego zapotrzebowania organizmu miarę. Dlaczego? Z jednej strony, mięso jest dziś znacznie także niż niegdyś, z drugiej – polska kuchnia mięsem stoi, z trzeciej zaś – żyjemy w przekonaniu, że jednostkowa decyzja o ograniczeniu lub wyeliminowaniu z diety produktów pochodzenia zwierzęcego, nie jest w stanie zmienić świata. Jak się jednak okazuje, wzrost świadomości konsumpcji i zmiana sposobu myślenia o problemie ma znaczenie. Jak bowiem wynika z badań przeprowadzonych przez „The Humane Society of the United States”, amerykańską organizację walczącą o prawa zwierząt, od 2007 r. każdego roku zabijanych jest o pięćset milionów zwierząt mniej, tylko z tego względu, że ludzie zaczęli jeść mniej mięsa.

W moim przekonaniu wykorzystywanie zwierząt dla własnej uciechy, niezależnie od tego, czy polega ona na czerpaniu radości z przejażdżki do Morskiego Oka, frajdy jaką niesie zjedzenie szaszłyków z jagnięciny, czy podanie rodzinie – w imię polskiej tradycji – codziennej porcji schabowego z kapustą i ziemniakami, to nic innego jak objaw luksusu, z którego moglibyśmy zrezygnować w imię etycznych zasad. Jesteśmy jednak nauczeni wierzyć, że nasza wolność, rozumiana jako zaspokajanie własnych potrzeb i zachcianek jest dobrem cenionym wyżej niż minimalizowanie cudzego cierpienia. Nasz umysł zaś, jak pisała Olga Tokarczuk, za wszelką cenę wspiera to, w co wierzymy. Właśnie dlatego tak trudno jest zmienić świat.

Felieton ukazał się w Rzeczpospolitej – Rzecz o prawie w dniu 3 kwietnia 2018 r.

komentarze