snapchat
menu
Szukaj

Jedna (jeszcze jedna!) łyżka dziegciu, choć wcale nie w beczce pełnej miodu - list Czytelnika

Z pewnym uśmiechem na twarzy przeczytałem ostatni list pewnej byłej aplikantki. Podobnie jak autorka tekstu źródłowego proszę o anonimowość.

Ów uśmiech nie wynikał z tradycyjnej polskiej zawiści, a z osobistych doświadczeń w dużej mierze podobnych, choć nie aplikanta, a studenta V roku, który ma poślizg wynikły z urlopu dziekańskiego. Nie pracowałem może w elitarnych warszawskich kancelariach, ale po płatnych praktykach zacząłem sobie zadawać pytanie – co dalej robić z życiem, przynajmniej tym zawodowym. Piszę list ze Śląska – niby prowincja, a jednak kilkumilionowa aglomeracja, gdzie „stężenie” prawników na 100 tys. mieszkańców nie jest takie duże jak w stolicy, ale patologie rynku pracy aplikantów i asystentów w dużym stopniu się pokrywają i w pełni zgadzam się z autorką listu, że praca za 2 tys. netto po 5 latach studiów i zdanym egzaminie państwowym na aplikację to absurd.

Na czym polega problem? Temat niskich zarobków aplikantów i asystentów w kancelariach jest wałkowany od lat. I na państwa stronir, i różnych blogach i korytarzach uniwerków. Problem polega na tym, że wszyscy odwołują się do aspektu MORALNEGO, czy można dawać pracownikowi tak niską pensję. Z moralnością jest jak z racją, a z racją jest jak z… no nie będę tu przeklinał, ale dla tych, co się nie domyślają polecam zapoznanie się z cytatami z Józefa Piłsudskiego.

Chciałbym się odnieść do pewnego aspektu praktycznego problemu – dlaczego młodym adeptom prawa lepiej płacić więcej.  

Parę miesięcy po odbyciu praktyk dostałem się do pracy w charakterze asystenta prawnego, w polskiej centrali dużej niemieckiej firmy. Za pół etatu dostawałem więcej, niż w większości kancelarii na pełny, o innych zaletach pracy (takich jak autentyczne liczenie się z opinią nawet bardzo młodego pracownika) nie będę pisał, bo musiałbym rozebrać na czynniki pierwsze polskie piekiełko jakie panuje w rodzimych firmach, nie tylko kancelariach. To, o co dbano w tej firmie, to zachowanie wszelkich tajemnic – danych osobowych, kwestii handlowych etc. Jest to o tyle ciekawe, że akurat ta firma działa w sposób tak zgodny z polskim prawem, jak nie widziałem w żadnej firmie polskiej.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że szanowni adwokaci i radcowie płacą śmiesznie małe pieniądze swoim pracownikom przy okazji dając im dostęp do informacji chronionych tajemnicą adwokacką/radcowską.

Ich aplikanci i asystenci wiedzą z kim toczy się spór, jaka jest linia działania, nie raz znają sytuację finansową, rodzinną a czasem i zdrowotną klienta. Wiedzą komu te informacje mogą się przydać i że druga strona procesu kupi je bez żadnych oporów. Można zakładać, że aplikant/asystent to mnich żywiący się korzonkami, mieszkający w lepiance pod miastem i dojeżdżający do pracy komunikacją miejską. Przy takich kalkulacjach mała pensja może i wystarczy. Ale nie łudźmy się – tak nie jest, to pierwsza sprawa, bo środowisko prawnicze lubi się obnosić określonym stylem ubierania, określonym stylem życia i ogólnym udawaniem, że śpią na pieniądzach. Druga sprawa – nawet najbardziej uczciwemu młodemu prawnikowi, który zaciśnie zęby i będzie prowadził ascetyczny żywot może się zdarzyć, że będzie musiał odbyć leczenie kanałowe zęba. Przypomnę, że żyjemy w Polsce, nie w Szwecji i że za taki zabieg będzie musiał sam wyłożyć kilkaset złotych, co przy tym poziomie zarobków jest bajońską sumą. Czy polska palestra nie boi się, że w obliczu bólu zęba taki aplikant może chcieć dorobić brakującą kwotę sprzedając odpowiednie informacje „komu trzeba”? Nawet przy sporach należących w pierwszej instancji do właściwości Sądu Rejonowego, kwota kilkuset złotych, których akurat brakuje aplikantowi na koncie jest śmieszna i druga strona to zrozumie… Dlatego, szanowna palestro – dla własnego bezpieczeństwa płaćcie swoim pracownikom godnie. A godnie to nie znaczy „na wegetację”, a na życie. Na życie, w którym nawet przy oszczędnym wydawaniu czasem coś wyskoczy.
Ktoś powie,  ale dla takiego młodego prawnika to koniec kariery. Po pierwsze – „kreta” nie łatwo namierzyć nawet w małej firmie. Po drugie – czy chodzi o to żeby komuś kończyć karierę, czy żeby takich sytuacji unikać? 

Żeby nie było, że jestem tylko straszącym marudą – mam też dwie konstruktywne propozycje, jak przynajmniej spróbować wyjść z tego klinczu niskich zarobków.
Po pierwsze, ostatnio rozmawiałem z koleżanką będącą świeżo upieczoną farmaceutką. To też zawód regulowany i też występują tam patologie płacowe. Studenci ostatniego roku dogadali się na tym kierunku, że nikt z nich nie podejmie się pracy poniżej pewnego progu. Mam nadzieje, że studenci prawa i aplikanci wykażą minimum zdolności do współpracy dla własnego dobra i poczynią podobny krok.

Druga propozycja dotyczy adwokatów i radców. Mam świadomość, że często kancelarie to małe, rodzinne firmy, których może nie być stać na godziwą wypłatę. To też rozumiem. Dlatego – po co wam pracownik na pełen etat? Sama obecnie zasadniczo pracuję w jednej firmie, w kancelarii – dodatkowo, niejako zdalnie. Skoro w ostatnich 15 latach powszechne stały się środki komunikacji via internet i telefon to należy tego nie wykorzystać. Czemu do większości adwokatów i radców nie dociera, że pisma nie muszę pisać siedząc do nocy w kancelarii? Będę brutalny ale trzeba powiedzieć – ludzie, czas najwyższy wyjść z lasu. Kodeks pracy dopuszcza zarówno zatrudnianie na część etatu oraz pracę zdalną. Dopuśćcie taką możliwość przynajmniej w części przypadków. I zaoszczędzicie pieniądze i młody prawnik będzie mógł zarabiać godziwe pieniądze w innej firmie. Wilk syty i owca cała.

Mam nadzieję, że pomogłem wskazując patologie.

Z poważaniem,
Anonim

komentarze