snapchat
menu
Szukaj

Rozmowa z adw. Jackiem Dubois [Magazyn Pokój Adwokacki]

zrzut-ekranu-2016-10-29-14-16-20

Co dziś myśli Adwokatura? Co myślą adwokaci o adwokaturze, o sobie samych, o świecie wokół?

Adwokatura jest rozżalona.

Z jakiego powodu?

Powodów po temu jest wiele. Z pewnością adwokaci młodszego pokolenia mogą być rozżaleni z przyczyn ekonomicznych. Jest w nich niezaspokojony głód wywołany tym, że w 2004 r. coś im dano i coś niejako obiecano. Dano łatwy dostęp do aplikacji adwokackiej, obiecano zaś – kojarzony z zawodem dobrobyt, poważanie i szacunek społeczny. Młodzi ludzie mieli prawo przypuszczać, że na końcu drogi przepustką do sukcesu będzie uzyskanie tytułu zawodowego. Tymczasem, drzwi do Adwokatury zostały otworzone jedynie pozornie. Ustawodawca nie uprzedził, że mogą one prowadzić do nikąd, a wizja sukcesu zawodowego i finansowego – może się okazać ułudą. Nikt nie wspominał wówczas o skutkach nasycenia rynku profesjonalistami. Nadto, samorząd adwokacki został pozbawiony możliwości przygotowania się do planowanych – rewolucyjnych zmian, choćby poprzez wypracowanie nowych pól aktywności zawodowej, na których adwokaci mogliby się realizować. Tym oto sposobem powstał tygiel, który wrze do dzisiaj przy akompaniamencie rozgoryczenia wywołanego przez to, że wiele osób po prostu nie może zrealizować swoich marzeń. Marzeń, które na etapie podejmowania decyzji o zdawały się być planami.

W moim przekonaniu, powodem rozżalenia adwokatów jest także wspólne oczekiwanie środowiska, aby Adwokatura była wielka, a zdanie adwokata wiele znaczyło. Moje pokolenie pamięta ją właśnie taką. Zawód adwokata faktycznie był zawodem zaufania publicznego, potwierdzały to wyniki badań opinii publicznej, w których zajmowaliśmy pierwsze miejsca. Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej, spadliśmy na samo dno. To może wywoływać i z pewnością wywołuje frustrację.

Wszyscy chcielibyśmy także mieć Adwokaturę mądrą, z którą wszyscy się liczą, Adwokaturę dobrze zarządzaną. Tymczasem, mam wrażenie, że drepczemy w miejscu i nie umiemy ruszyć naprzód. Dopóki nie zaczniemy dbać sami o siebie, nie stworzymy modelu sposobu realizowania interesów Adwokatury przez jej władze, dopóty będziemy mieli niekończącą się historię niemocy.

Jak moglibyśmy zadbać sami o siebie?

Jeśli szuka się problemów i sposobów ich rozwiązania, należy zacząć od przyjrzenia się uważnie samemu sobie. Starając się ustalić dlaczego jesteśmy jako środowisko tu, gdzie jesteśmy, musimy otwarcie powiedzieć, że Adwokatura jest sama sobie winna. Wychodzę z założenia, że Adwokatura w tym kształcie samorządowego zarządzania wyśmienicie się spełniała w latach 70-tych, 80-tych jako społecznikowski samorząd, w którym adwokaci obok pracy zawodowej działali społecznie. Wówczas funkcjonowało to bez zarzutu, ale dzisiaj jesteśmy w zupełnie innej epoce. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której osoba stojąca na czele samorządu, niezależnie od tego czy mówimy o Prezesie NRA, czy też o Dziekanie Izby, jest urzędnikiem, a nie osobą, która kształtuje umysły i serca. Pierwszą rzeczą, od której bym zaczął byłoby zatem oddzielenie funkcji administrowania Adwokaturą od dbania o jej wizerunek. Stworzyłbym instytucję kanclerza, na wzór rozwiązań funkcjonujących na uczelniach wyższych. Osoba pełniąca tę funkcję zajmowałaby się wyłącznie zarządzaniem. Tego rodzaju aktywność, jak dbanie o budynki, zapomogi, czy dokonywanie wpisów na listę nie powinna w ogóle zaprzątać głowy Dziekana. W mojej ocenie – nikt, kto oczekuje swego rodzaju przygody intelektualnej, zawodowej lub po prostu samorządowej, nie chce się takimi obowiązkami zajmować. Administrowanie zabija ambicję u takiej osoby. Oczywiście, trzeba powiedzieć, że są także postaci wielkie, gotowe wziąć na siebie odium codzienności po to, aby czynić rzeczy wielkie dla Adwokatury, ale koniec końców, mam wrażenie, że giną w tym wszystkim.

Zmiany, które pan mecenas proponuje wymagają zmiany ustawy.

Oczywiście, ale kto powinien wystąpić z propozycją takiej zmiany w ramach Adwokatury, jeśli nie ona sama? To my powinniśmy znaleźć dla siebie najlepsze rozwiązanie i dążyć do jego realizacji.

Drugim problemem, który dostrzegam w łonie samorządu jest etatyzm adwokacki. Mamy działaczy samorządowych, którzy z samorządu żyją, np. piastując określone funkcje, prowadząc wykłady. Dla takich osób, dostanie się do organów Adwokatury to być albo nie być. Jak zatem zachowują się takie osoby? Przede wszystkim chcą być przyjaźni wobec wszystkich, bowiem tylko w ten sposób mogą sobie zapewnić wybór na kolejną kadencję. Uśmiechają się, potrząsają ręką i nie podejmują żadnych decyzji, które mogłyby być kontrowersyjne. W związku z tym, Adwokatura stała się niesłychanie grzeczna, miła i ułożona, przypominając pannę na wydaniu, która pragnie się przypodobać wszystkim kawalerom. Ja takiej Adwokatury nie cenię, nie lubię i nie chcę.

Uważam, że najmądrzejszą rzeczą, jaką powinniśmy zrobić byłoby zmniejszenie o ¾ liczebności organów samorządu adwokackiego i przesunięcie kompetencji na pracowników etatowych nie będących adwokatami. Nadto warto zastanowić się nad tym, aby obok Rady, która dziś zajmuje się głównie sprawami administracyjnymi, powstało ciało doradcze wobec Dziekana, władne do wspierania go w podejmowaniu najistotniejszych decyzji, złożone z mądrych i odważnych ludzi, którzy mogą poszczycić się sukcesami w zawodzie.

Dziś, o losach Adwokatury mówią osoby, które adwokacko nie są szczególnie znaczące, zaś pole do działania znajdują w samorządzie. W tej wielkiej Adwokaturze, którą pamiętam Dziekanami byli najwybitniejsi adwokaci. Jestem zaś przekonany, że wielu adwokatów nie umie dziś wskazać nazwisk osób zasiadających w organach samorządu nie wspominając o tym, że osoby te nie są także rozpoznawalne medialnie.

Niegdyś w Pokoju adwokackim zamieszczony został link do jednego ze wspólnie napisanych przeze mnie i Krzysztofa Stępińskiego felietonów, w którym w dość prostych i raczej żołnierskich słowach wypowiedzieliśmy swoją opinię na temat władzy wykonawczej. Pojawiły się wówczas głosy, których sens w pewnym uproszczeniu sprowadzał się do tego, że nie powinniśmy wypowiadać poglądów, które mogą resort urazić bowiem z tego powodu, Adwokatura nie będzie mogła uzyskać tego, o co w tymże resorcie zabiega.

Do czego zatem doszliśmy?

Doszliśmy do tego, że w opinii nas samych, Adwokatura powinna chcieć i umieć się komuś przypodobać, aby móc liczyć na to, że otrzyma cokolwiek w zamian, choćby był to tylko ochłap. Myślę zatem w taki sposób – mamy czasopismo pn. Fakt. Na jego łamach przez kilka dni publikowane są nieprzychylne teksty na temat jakiegoś ministra. Czy rząd zacznie błagać redakcję, aby przestała? Analogicznie – czy Adwokatura powinna się przypodobywać po to, by być akceptowana? Czy przeciwnie – winna mieć taką siłę i tak słyszalny głos, aby jej nieprzychylności się obawiać i o jej akceptacji oczekiwać? Przekonuje mnie jedynie drugie rozwiązanie, lecz aby taką sytuację stworzyć, musimy mieć trzy rzeczy.

Po pierwsze?

Adwokatura powinna mieć rozpoznawalnych przywódców. Dziś tak nie jest. Obawiam się, że gdyby przeprowadzono sondaż społeczny i zadano respondentom pytanie o to, jak nazywa się prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, wyniki nie byłyby dla niego samego zadowalające. Skoro zaś przywódca Adwokatury nie jest rozpoznawalny, to wydaje mi się, że możemy mówić o zmarnowaniu okresu dwóch kadencji. Przeciętny Polak poproszony o wskazanie nazwiska znanego mu adwokata wskaże niewiele nazwisk, najpewniej będzie to Roman Giertych, ewentualnie Ryszard Kalisz. Z całą pewnością nie będzie to jednak nikt z samorządowych działaczy.

Co to oznacza?

Że w opinii publicznej samorząd adwokacki nie istnieje.

Po drugie?

Jeżeli Adwokatura ma mówić donośnym głosem, to nie chodzi wyłącznie o to, aby był to głos wyborców, lecz także polityków wywodzących się z naszego środowiska zawodowego, którym Adwokatura jest bliska sercu i którzy skłonni są o nią walczyć. Wedle mojej wiedzy aktualnie mamy około 15 adwokatów zasiadających w Parlamencie. Czy mamy adwokackie koło parlamentarne? Nie mamy. W naszym interesie powinno leżeć zjednoczenie adwokatów – parlamentarzystów po to, aby niezależnie od przynależności partyjnej i związanych z nimi różnic, w sprawach najistotniejszych dla Adwokatury mówili jednym głosem. Oni powinni być naszą siłą, niezależnie od tego, kto w danym momencie sprawowałby władzę. Niestety nie dostrzegam, poza senatorem Aleksandrem Pociejem, żadnego parlamentarzysty, który byłby kojarzony z tego, że jest adwokatem. Mamy jedynie kolegów znanych z tego, że są czyimiś dziećmi, krewnymi lub aktywnymi działaczami partyjnymi.

Czy nie jest jednak tak, że adwokaci wybierający drogę kariery parlamentarnej powinni mieć w sobie mimo wszystko przekonanie, że w pierwszej kolejności są przede wszystkim adwokatami, a reszta to pochodna?

Tak być powinno, ale skoro tak nie jest, zadajmy sobie pytanie – dlaczego?

Dlaczego zatem?

Moim zdaniem dlatego, że Adwokatura z jednej strony – nie zabiega o tych, którzy mogliby być jej siłą. Odwołam się znowu do lat 90-tych – senatorami byli wówczas adwokaci Wende i Piesiewicz, którzy przychodzili na wszystkie zgromadzenia Izby i ponad wszelką wątpliwość nosili Adwokaturę w sercu. Z ich deklaracji i zachowań wynikało jasno, że są przede wszystkim adwokatami, a dopiero później – politykami. Wtedy zetknąłem się po raz pierwszy z przypadkiem adwokackiej hucpy, głupoty i dążenia do samozagłady – żaden z wymienionych adwokatów nie został wybrany na funkcję delegata na Krajowy Zjazd Adwokatury. Uważam, że Adwokatura nie może doznać większego zaszczytu niż to, że osoby będące już na innym etapie swojej drogi, chcą brać udział w najważniejszych wydarzeniach samorządowych. Ówczesna Adwokatura tego zaszczytu jednak nie chciała. Szczęście, że ani mec. Wende, ani mec. Piesiewicz nie byli ludźmi takiego kalibru, aby zmienić swoje nastawienie do tego, wszystkiego, co było im bliskie. Śmiało można jednak powiedzieć, że Adwokatura zrobiła wówczas wszystko, aby pozbawić swój głos doniosłości.

Byłem wychowany na książce francuskiego adwokata Fernanda Payena pt. „O powołaniu adwokatury i sztuce obrończej”. Autor opisując palestrę na początku XX wieku prowadził poważne dywagacje na temat tego kto, w przypadku śmierci Dziekana Izby Adwokackiej, miałby otwierać kondukt pogrzebowy – prezydent Republiki, czy nowy Dziekan Izby. Payen zastanawiał się zatem nad tym, która z wymienionych osób jest ważniejsza.

Jaki z tego płynie wniosek?

Tamtejsza Adwokatura miała znaczenie bowiem mówiła głosem ludzi mądrych, wpływowych i znaczących. Jeżeli środowisko i samorząd gromadzi takie osoby, ich opinie powinny wpływać na umysły decydentów. Parlament powinien się o Adwokaturę i jej zdanie pytać. Rządzący powinni się obwiać tego, że jeśli złamią prawo, donośny głos Adwokatury im to wypomni. Tymczasem – aktualnie nikt Adwokatury o nic nie pyta, a nawet, jeżeli sama Adwokatura myśli inaczej, to jej głos nie jest słyszalny. Mamy zatem ponad 20-tysięczną grupę zawodową o najwyższych predyspozycjach i możliwościach intelektualnych, która jest wewnętrznie skonfliktowana.

Jakie są przyczyny takiego stanu rzeczy?

Poza tym, że samorząd działa na zasadach właściwych innej epoce, niestety także odeszliśmy od dobrych adwokackich zasad. Wychowano mnie w przekonaniu, że adwokat jest wolnym zawodem, w którym nikt nie może mieć na nas wpływu – z tej zasady wynikał zakaz pracy etatowej – aby nikt nie mógł nami sterować, naciskać. Dziś, choć świat istotnie się zmienił od czasu, gdy wspomnianą regułę wprowadzono, adwokat ma być dalej taki sam – niezależny, choć w wielu przypadkach jego klientem stało się państwo – poprzez stałe zlecenia lub zasiadanie w radach nadzorczych spółek skarbu państwa. O ile dla klienta Adwokatury bez znaczenia jest to, czy adwokat pracuje dla takiego podmiotu w innej sprawie, o tyle taka okoliczność niesie istotne zagrożenia dla Adwokatury jako takiej.

Adwokatura to walka o prawa człowieka. Są one naruszane przez państwo. Skoro państwo narusza prawa człowieka, a rolą Adwokatury jest obrona tych praw, to należy zadać sobie pytanie, kto jest naturalnym wrogiem państwa?

Adwokatura?

Zgadza się. Należy zatem wyobrazić sobie sytuację, w której samorząd Adwokatury jest obsadzony osobami, które są opłacane przez państwo z tego tytułu, że zasiadają w radach nadzorczych spółek państwowych, przez co stają się ekonomicznie zależne. Mamy do czynienia z konfliktem. Zadaję sobie zatem pytanie – czy Adwokatura milczy, dlaczego że się boi lub nie ma nic do powiedzenia, czy też dlatego, że mamy w jej łonie konflikt interesów po stronie osób, które zabierają w jej imieniu głos? Uważam, że kandydując na określone stanowiska samorządowe powinniśmy informować, czy jesteśmy od państwa zależni, czy nie. Oczywiście, praca dla państwa nie jest niczym niewłaściwym, jednakże ja wybierając pośród kandydatów chciałbym wiedzieć, czy będą oni reprezentować Adwokaturę, czy też – stać na straży państwa w działaniach Adwokatury. Na dzień dzisiejszy uważam, że upojna cisza po stronie naszego samorządu z czegoś musi wynikać…

Jeżeli nie będziemy patrzeć przez pryzmat tego, czy i ewentualnie jakie ograniczenia i uwarunkowania charakteryzują naszych przedstawicieli, powinniśmy się liczyć z tym, że Adwokatura nadal może być milcząca.

Zwróćmy także uwagę na to, że Adwokatura doprowadziła do tego, że ma złą prasę, a to z tego powodu, że wiele osób w naszym środowisku narusza zasady etyki. Jeżeli Adwokatura ma coś znaczyć musi posiadać umiejętność samooczyszczania się i prężnie działającego sądownictwa, lecz nie sądownictwa pozbawionego refleksji, a nastawionego na badanie sprawy. Trzeba też zaznaczyć, że gros ataków medialnych na Adwokaturę nie ma podstaw – merytorycznych i faktycznych, niemniej nasza reakcja jest zwykle bardzo powolna. We wszystkich sprawach medialnych przypominamy chowającego głowę strusia. Tymczasem, mamy obowiązek niezwłocznego zbadania sprawy i zajęcia co do niej stanowiska. Nie robiąc tego, nie dajemy na zewnątrz istotnego komunikatu.

Jakiego?

Że zarzuty kierowane pod adresem adwokata nie mają podstaw i z tego tytułu winniśmy udzielić mu ochrony albo, że do naruszenia istotnych norm faktycznie doszło i w związku z tym wyciągamy odpowiednie konsekwencje. Trzeciego wyjścia nie ma. Swoją drogą, mec. Mikołaj Pietrzak miał wspaniały pomysł, aby Adwokatura uczestniczyła w charakterze obserwatora w sprawach dotyczących członków korporacji.

Pomysł się nie przyjął?

Idea monitorowania postępowań miała na celu zapewnienie ochrony adwokatom narażonym na sankcję karną z tytułu swojej bezkompromisowości, stanowczości i odwagi w obronie praw klienta i podstawowych adwokackich wartości i zasad. Niestety zbyt wielu z nas staje się oskarżonymi w sprawach o pospolite przestępstwa, jak np. handel narkotykami czy spowodowanie w stanie nietrzeźwości kolizji drogowej. Od udziału w tego rodzaju sprawach wypada się odcinać.

Pamiętam Adwokaturę lat 80-tych, zatrzymania adwokatów, grożenie im postępowaniami dyscyplinarnymi, usuwanie ich z palestry pod byle pretekstami. W tamtych warunkach niewątpliwie była to Adwokatura opiekuńcza. Dzisiaj miewam wrażenie, że jeśli ktoś z nas ma kłopot, samorząd może się okazać ostatnim miejscem, w którym otrzyma pomoc…

W czym leży największe nieszczęście dzisiejszej Adwokatury?

W braku wyrazistości, odwagi, w tym, że nie mówimy jednym głosem w sprawach adwokackich. Dziwi mnie też to, że Adwokatura nie stworzyła miejsca, w którym byłaby słyszalna. Mamy rzecz jasna Palestrę, którą cenię i która liczy się naukowo, bowiem za publikowanie w niej przyznawane są punkty, ale ciśnie mi się pytanie – kto ją czyta? Przychodzą mi do głowy także kolejne pytania. Dlaczego Adwokatura nie kusi się o publikowanie ocen w bieżących sprawach przedstawiając mądrze swoje stanowisko, dając społeczeństwu możliwość zapoznania się ze swoim stanowiskiem? Dlaczego Adwokatura sama nie kreuje swojej opiniotwórczej roli? Dlaczego nie weszła w kontakt ze stacjami telewizyjnymi po to, aby adwokaci jako najwyższej klasy fachowcy komentowali pewne zjawiska, które zachodzą w państwie?

Brakuje pomysłu na systemowe zagospodarowanie opiniotwórczego głosu naszego środowiska?

Oczywiście. Proszę zwrócić uwagę, że choć sędziowie nie mogą komentować wielu spraw ich głos wybrzmiewa głośno. Przy okazji Nadzwyczajnego Zjazdu Sędziów wypowiadali się najbardziej znamienici przedstawiciele tego środowiska, jak choćby prof. Andrzej Zoll i prof. Ewa Łętowska, zaś ze strony Adwokatury, choć w jej szeregach jest wiele wybitnych nazwisk, była cisza.

Dlaczego?

Adwokatura nie zabrała głosu, bo jej przedstawiciele wyszli po kilku minutach z sali. Krótko mówiąc, Adwokatura sobie poszła. Z drugiej strony na izbowych zgromadzeniach lub na Krajowym Zjeździe Adwokatury brakuje obecności ważnych postaci życia publicznego, przedstawicieli nauki prawa. Dlaczego? Dlatego, że bycie przyjacielem Adwokatury nie jest dziś w cenie, nie opłaca się. A to wszystko wynika z tego, że jest o nas cicho, a nasi przedstawiciele nie są rozpoznawalni.

Aktualnie media co najmniej oswoiły się z niektórymi nazwiskami, ba – są w stanie bezbłędnie przyporządkować je do twarzy… To wrażliwy temat, ale nie sposób nie zauważyć, że z pozycji całkowitego braku rozpoznawalności i zainteresowania naszym środowiskiem w krótkim czasie doświadczyliśmy klęski urodzaju na tym polu.

Rzeczywiście, to dla mnie osobiście trudna sprawa. Poznałem mec. Grzegorza Majewskiego pod koniec lat 90-tych i po wysłuchaniu jego przemówienia sądowego pomyślałem, że to jest ktoś, kto będzie wspaniałym adwokatem, kto zrobi nieprawdopodobną karierę zawodową. Przez kolejne lata, przy jednoczesnej przyjaźni, śledziłem rozwój praktyki Grzegorza i muszę stwierdzić, że nie myliłem się w swojej pierwszej ocenie. Mec. Majewski stał się wybitnym adwokatem i samorządowcem, miałem nadzieję, że będzie także Dziekanem na miarę XXI wieku, który przywróci najlepsze czasy polskiej palestry i odnowi jej oblicze. W tym wymiarze to, co się wydarzyło postrzegam w kategoriach mojej własnej tragedii.

Jestem ostatnią osobą, która skłonna byłaby do rzucania oskarżeń i uważam, że przede wszystkim mamy do czynienia z rozgrywką polityczną, która epopeją medialną uderza w warszawski samorząd. Grzegorz Majewski stał się przez to twarzą ataku politycznego. Nie wierzę w to, że popełnił czyn zabroniony, o czym zdają się świadczyć ujawnione przez niego dokumenty. Oczyszczenie się w sensie karnym z formułowanych zarzutów wydaje mi się oczywiste.

Inną kwestią jest to, czy Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej powinien zajmować się długami, czy powinien kupować roszczenia. Moim zdaniem – absolutnie nie. Mam do Grzegorza Majewskiego żal o to, że nas o tym nie uprzedził kandydując na funkcję Dziekana pozbawiając nas przez to możliwości oceny sytuacji i podjęcia decyzji, być może o dokonaniu tego samego wyboru, ale – ze świadomością ryzyka. Jesteśmy zaś w sytuacji, w której zadajemy sobie pytania.

O to, co nam wypada, a co nie? Choć pewne zasady wydają się być nieostre, nie powinniśmy mieć wątpliwości – naszym zadaniem jest zajmowanie się Adwokaturą, a nie biznesem.

Kogo stać na bycie Dziekanem i przywódcą Adwokatury, skoro nikt kto ma dobrze funkcjonującą kancelarię i rodzinę, nie zrezygnuje dla pensji w wysokości 6 000 zł? Stać na to, albo osoby bardzo zamożne, albo takie, które szybko pieniądze zdobywają. To zaś łączy się z pokusami.

Doprowadziliśmy do sytuacji absurdalnej, tj. do tego, że porządni ludzie nie będą przewodzić Adwokaturze z prostego powodu.

Bo ich na to nie będzie stać?

Tak. Muszę dodać, że w mojej ocenie, Adwokatura skompromitowała się w sprawie Grzegorza Majewskiego, która stała się najistotniejszą sprawą całego środowiska. Postawę i działania Adwokatury powinna cechować zasada praworządności i w zaistniałej sytuacji powinniśmy odnajdywać analogie do procesu sądowego. Nie obowiązuje w nim przecież domniemanie winy, lecz zasada domniemania niewinności. Konieczne jest badanie stanu faktycznego i na jego podstawie – podejmowanie decyzji.

Sprawa Grzegorza Majewskiego powinna być przez nas samych zbadana i osądzona, najdalej w ciągu tygodnia. Argumentami o tym, że nie mamy do tego odpowiednich narzędzi charakteryzują zaś osoby, które nie potrafią podejmować decyzji, a być może, które nie powinny być w miejscu, w którym są. Mądry i odważny prezes znalazłby z pewnością sposób na to, aby zadbać o wizerunek całego środowiska, bo zależy on aktualnie w dużej mierze od wyniku tej właśnie sprawy. Adwokatura powinna zająć w niej jasne stanowisko i zdecydować. Jeśli Grzegorz Majewski naruszył bliskie nam zasady – musi ponieść konsekwencje, być może najdalej idące. Jeśli jednak został niesprawiedliwie potraktowany i oszkalowany przez media, mamy obowiązek stanąć w jego obronie. Adwokatura tymczasem jest bierna i chowa głowę w piasek, wykorzystując do tego system kuluarowych nacisków, przez co społeczeństwo już wie, że ma do czynienia ze strusiem. Jakim obrońcą może być ktoś, kto nie jest wierny podstawowym zasadom, które powinna reprezentować i nie posiada umiejętności obronienia samego siebie? Nie jesteśmy w tym wszystkim wiarygodni.

Zostawmy proszę sprawę mec. Grzegorza Majewskiego. Czy dostrzega pan mecenas pola aktywności samorządu, które budzą pana zdziwienie?

Owszem. Dziwi mnie to, że do pełnienia zaszczytnych funkcji w samorządzie pretendują osoby, które nie zdążyły jeszcze wiele osiągnąć zawodowo. Tymczasem, kolejność powinna być odwrotna, zaś wybór stanowić gratyfikację za to, że w danej dziedzinie jesteśmy wybitni. Adwokatura nie potrzebuje krzykaczy, lecz odważnych i wielkich ludzi, którzy mają jej coś do zaoferowania. W zamian zaś należy im dać narzędzia i możliwości do godnego sprawowania funkcji, bez potrzeby narażania na pokusy.

Jakie cechy powinien mieć Dziekan?

Dziekan powinien być odważny, stanowczy i gotowy do realizowania celów, a nie oczekujący poklasku lub uważający, aby komukolwiek nie nadepnąć na odcisk. Taki człowiek musi mieć w sobie siłę do podejmowania decyzji, także tych trudnych i wywołujących niekiedy opór środowiska. Jest to jednak konieczne, aby Adwokatura się odnowiła.

Czy w sytuacji, w której aktualnie jesteśmy, dostrzega pan mecenas osoby godne pełnienia funkcji Dziekana? Może szanując tradycje rodzinne i doświadczenie pana ojca, rozważy pan mecenas kandydowanie?

Mój ojciec zaszczepił we mnie ogromną miłość do Adwokatury, jej wartości i zasad. To dzięki jego fascynacji, ja także zajmuję się prawem karnym. Nie chciałbym jednak powielać jego życiorysu. Moje zaangażowanie w sprawy Adwokatury okazuję w inny sposób – ucząc aplikantów, pisząc o samorządzie. Uważam, że jest wiele osób, które doskonale by się w tej funkcji sprawdziły.

Kto?

Mikołaj Pietrzak.

To krótka lista nazwisk :)

Uważam, że wyśmienitym Dziekanem byłby Tomasz Wardyński, którego cechuje odwaga, mądrość, doświadczenie i umiejętność zarządzania. Przychodzą mi jednak do głowy bardziej nietypowe rozwiązania, np. Ryszard Kalisz, jako osoba, która niewątpliwie skutecznie funkcjonowała w polityce – mógłby być przed laty doskonałym kandydatem. Dziś – niekoniecznie, bowiem mimo mojej osobistej sympatii nie jestem przekonany, czy nie byłaby to kandydatura o kilka lat spóźniona z uwagi na to, że kariera polityczna kolegi nie wydaje się nabierać tempa.

Nie chciałbym, aby Adwokatura była postawiona w roli nieszczególnie atrakcyjnej panny, do której kawaler przychodzi z tego wyłącznie powodu, że inne, bardziej atrakcyjne dziewczęta nie wyraziły zainteresowania zalotami. Adwokatura to jest miłość, która powinna trwać całe życie.

 

Rozmawiała adw. Joanna Parafianowicz

 

komentarze