Co roku, gdy w kalendarzu kancelaryjnym pojawia mi się — niczym przypomnienie o nieuchronnym terminie — komunikat: „rocznica śmierci Marcina Surowca”, czuję niemal takie samo zaskoczenie i smutek. Są osoby, których nie da się po prostu odstawić ad acta. Nawet po latach.
W tym roku, porządkując archiwum wpisów w Pokoju Adwokackim, wróciłam do tekstów Marcina. Pomyślałam, że może właśnie tak trzeba go przypomnieć. Bez pomnikowych słów. Bez okolicznościowej waty. Przez to, co sam pisał. Przez język, tematy, ironię, wybór spraw, które go drażniły albo interesowały. Przez sposób patrzenia na zawód, środowisko i nasze zbiorowe złudzenia.
Jaki obraz się z tych tekstów wyłania?
Na pewno nie człowieka do opisania jednym bezpiecznym przymiotnikiem. Marcin nie był autorem gładkim. Nie pisał po to, żeby było uroczyście, zgodnie i środowiskowo przyjemnie. Miał, tak przynajmniej czytam go dzisiaj, organiczną niechęć do pozoru: pustych haseł, samozadowolenia, rozwiązań, które dobrze wyglądają w komunikacie, a gorzej w praktyce. Pisał o adwokaturze bez nabożności, ale z przywiązaniem. To chyba najtrafniejsze rozpoznanie. Nie idealizował zawodu. Nie udawał, że środowisko działa bez zarzutu. Wybierał tematy niewygodne: aplikanci, praca za małe pieniądze, wizerunek adwokata, kampanie samorządowe, bezpłatna pomoc prawna, relacje adwokatury z polityką. Z tych tekstów nie wychodzi jednak człowiek cyniczny wobec zawodu. Raczej ktoś, kto traktował adwokaturę zbyt poważnie, żeby godzić się na jej sprowadzanie do ładnych deklaracji.
W archiwum autora Marcin przedstawiony jest jako „adwokat, niedoszły historyk, germanista i filozof, wolnomyśliciel”. Można by to uznać za żartobliwą autoprezentację, gdyby ten opis nie pasował tak dobrze do jego tekstów. Jest w nich dystans, erudycja, nieufność wobec gotowych formuł i potrzeba patrzenia szerzej niż przez pryzmat bieżącej awantury. Miał rzadką umiejętność patrzenia na adwokaturę od środka, bez środowiskowego samozadowolenia. W tekście o zatrudnieniu aplikantów nie poprzestaje na narzekaniu. Pokazuje dwa modele kancelarii. Jedną, która rzeczywiście kształci i traktuje aplikanta jak przyszłego profesjonalistę. Drugą, która szuka taniej, łatwo zastępowalnej siły roboczej. Ten wybór mówi, jego zdaniem, więcej niż o konkretnej kancelarii. Mówi coś o profesjonalizmie całego środowiska.
Interesowało go zderzenie mitu zawodu z codziennością. W tekście „O trafności wyboru” nie kupuje łatwej opowieści o „złym prawie” i zmarnowanych studiach. Rozbiera uogólnienia budowane na podstawie ograniczonego doświadczenia, ale nie po to, by odebrać komukolwiek prawo do rozczarowania. Raczej po to, by przypomnieć, że prawo ma sens wtedy, gdy ktoś je lubi, robi dobrze i ma na siebie pomysł. Bo — jak pisał — prawo to nie tylko toga.
Miał też świetny słuch na konkret. Gdy pisał o dostępie do pomocy prawnej, nie zatrzymywał się przy haśle. W tekście „15 minut” rozbierał praktyczny absurd krótkiej porady prawnej. Kwadrans nie wystarczy na rzetelne omówienie realnego, bardziej złożonego problemu. Proste, prawda? Ale także właśnie dlatego niewygodne. To była jedna z jego metod: zdjąć z rozwiązania urzędową kokardę i sprawdzić, czy działa poza papierem.
Potrafił punktować cudzą autopromocję i instytucjonalny pozór. W „Ministerialnej skuteczności” nie pisze ogólnie o polityce. Bierze konkretną sytuację, w której — według jego oceny — polityk przypisuje sobie efekt pracy adwokata. Puenta: „Ładnie to przypisywać sobie cudze zasługi, panie ministrze Ziobro?” dobrze pokazuje jego styl. Krótko. Ostro. Ironicznie. Bez dekoracji.
Był autorem zabawnym, choć nie w wersji lekkiej i rozrywkowej. Jego humor często opierał się na kontrolowanej przesadzie. W „Adwokaturze ponurej” zaczyna od poważnego kontekstu niezależności sądownictwa, po czym przechodzi do ironicznej pochwały adwokatów jako najważniejszych uczestników wymiaru sprawiedliwości i żartu, że słaby adwokat „nie występuje w naszej czasoprzestrzeni”. To nie jest dowcip dla dowcipu. To sposób rozbrajania środowiskowej powagi, która zbyt łatwo przechodzi w groteskę.
W jego tekstach widać również wolnościowy, indywidualistyczny stosunek do wizerunku zawodowego. W „Wizerunku” nie podaje jednej recepty na wygląd adwokata. Pyta raczej, czy ktoś chce wpisywać się w stereotyp, czy walczyć z nim profesjonalizmem. Garnitur bespoke albo podarte dżinsy — wybór istnieje, ale nie jest niewinny. Każda forma coś komunikuje. Każda ma konsekwencje.
Po latach najmocniej uderza mnie jedno: Marcin pisał jak ktoś, kto nie lubi, gdy rzeczy udają coś, czym nie są.
Z tekstów — podkreślam: z tekstów, nie z ambicji stawiania psychologicznych diagnoz — wyłania się człowiek uczulony na puste deklaracje, środowiskowy samozachwyt i rozwiązania efektowne na konferencji, a bezużyteczne w życiu. Dlatego te teksty wciąż brzmią świeżo. Ustawy się zmieniły, nazwiska w części sporów straciły aktualność, dawne kampanie samorządowe dawno przeszły do archiwum. Mechanizmy zostały. Tania praca aplikantów. Wizerunkowe kampanie. Polityczne przypisywanie sobie cudzych sukcesów. Mylenie dostępu do pomocy prawnej z pozorem dostępu. Traktowanie adwokatury jak dekoracji, nie jak realnej pracy.
Marcin zostawił po sobie coś więcej niż teksty. Zostawił sposób patrzenia na adwokaturę. Bez kadzidła. Bez środowiskowej pozy. Bez przekonania, że skoro nazwaliśmy coś misją, to problem organizacyjny, finansowy albo ludzki sam się rozwiązał.
Czytał rzeczywistość zawodową podejrzliwie, czasem złośliwie, ale nie obojętnie. Właśnie dlatego warto do niego wracać. Nie po to, żeby zamknąć te teksty w archiwum. Raczej po to, żeby sprawdzić, ile z tego, co pisał, nadal nas dotyczy.
Joanna Parafianowicz
adwokatka
kontakt z autorką:


No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.