Każdy prawnik pamięta swoją pierwszą rozprawę. Nie zawsze dlatego, że była najważniejsza. Nie zawsze dlatego, że zapadło na niej przełomowe orzeczenie. Czasem z perspektywy lat okazuje się, że procesowo nie wydarzyło się tam nic szczególnego. Mimo to, zwykle zostaje w pamięci z siłą zupełnie nieproporcjonalną do wagi sprawy.
Pierwsza rozprawa rzadko jest po prostu pierwszą czynnością przed sądem. Częściej jest pierwszym momentem, w którym kończy się obserwowanie, a zaczyna uczestniczenie. To już nie ćwiczenia, nie symulacja, nie praktyki, nie siedzenie obok patrona i notowanie, co zrobiłby ktoś bardziej doświadczony. To moment, w którym trzeba samodzielnie wstać, powiedzieć „staję w imieniu…”, zareagować na pytanie sądu, złożyć wniosek, nie pomylić miejsc, nie zgubić kartki, nie zapomnieć o kosztach i nie dać po sobie poznać, że w głowie właśnie rozgrywa się prywatna katastrofa procesowa.
Na studiach i aplikacji uczy się procedury, terminów, środków zaskarżenia, konstrukcji wniosków dowodowych i zasad reprezentacji. To wszystko jest potrzebne. Bez tego nie da się rzetelnie wykonywać zawodu. Sąd jednak rzeczy, których nie da się nauczyć z kodeksu ani z repetytorium. Nie da się z książki nauczyć tego, jak brzmi własny głos w pustej sali sądowej. Jak długo trwa sekunda ciszy po pytaniu sądu. Jak szybko znika z pamięci przepis, który jeszcze chwilę wcześniej znało się niemal na wyrywki. Jak bardzo może zestresować nie sam przebieg sprawy, ale drobny gest: wskazanie innego miejsca, przesunięcie krzesła, spojrzenie sędziego, ton protokolanta, kolejność wywołania sprawy.
Agnieszka Łyp-Chmielewska wspomina jedną ze swoich pierwszych rozpraw jako aplikantka. Została wysłana przez ówczesnego szefa aż do Sądu Okręgowego w Warszawie — na posiedzenie w przedmiocie rozpoznania zażalenia na odmowę udzielenia zabezpieczenia. Całą drogę w pociągu czytała przygotowaną mowę. Przyjechała do sądu, znalazła salę i czekała. Obok niej siedział przedstawiciel warszawskiej palestry w crocsach. Ona oczywiście w garniturze, bo wtedy uważała, że tak właśnie należy. Weszła na salę. Wygłosiła piętnastominutową mowę. I wtedy wydarzyło się coś, czego początkujący pełnomocnik często jeszcze nie rozumie: sąd miał już swoje postanowienie. Po zakończeniu wystąpienia po prostu je wyciągnął i odczytał.
Ta scena jest zabawna dopiero po latach. W chwili, gdy się wydarza, może być brutalnym zderzeniem z realnością sądu. Młody pełnomocnik przychodzi z poczuciem, że każde zdanie, każdy argument i każde starannie przygotowane sformułowanie może przesądzić o wyniku sprawy. Sąd natomiast czasem jest już po lekturze akt, po analizie zarzutów, po wyrobieniu poglądu. To nie znaczy, że wystąpienie pełnomocnika jest bez znaczenia. Znaczy tylko, że sala sądowa nie jest sceną teatralną, na której finał zależy od dobrze zagranego monologu.
To jedna z pierwszych bolesnych lekcji zawodu: przygotowanie jest konieczne, ale nie daje kontroli nad wszystkim.
Inna sytuacja Agnieszki jest jeszcze bardziej przyziemna, a przez to chyba bardziej prawdziwa. Jedna z pierwszych spraw od patrona. Sąd przesadza ją z miejsca pełnomocnika powoda na miejsce pozwanego. Samo przesadzenie nie ma żadnego dramatycznego znaczenia. Nie jest procesową katastrofą. Nie zmienia przecież istoty sprawy. A jednak stres robi swoje. W sprawie z urzędu Agnieszka zapomina złożyć wniosek o przyznanie kosztów. Właśnie w takich momentach najlepiej widać, czym jest początek praktyki. Nie wielką debatą o prawie, lecz próbą utrzymania w głowie jednocześnie wszystkiego: akt, stanowiska klienta, wniosków, terminów, właściwego miejsca przy stole, kolejności wypowiedzi, kosztów, zastrzeżeń, reakcji sądu i własnego oddechu.
Z zewnątrz może to wyglądać banalnie. Co trudnego jest w tym, żeby usiąść po właściwej stronie? Co trudnego jest w tym, żeby pamiętać o wniosku o koszty? Co trudnego jest w tym, żeby powiedzieć to, co ma się zapisane na kartce? Trudność polega na tym, że pierwsza rozprawa nie jest sprawdzianem wyłącznie z wiedzy. Jest sprawdzianem z odporności na ekspozycję.
Jerzy Komarowski wspomina, że na pierwszą rozprawę został wysłany przez ojca dwa dni po tym, jak aplikanci uzyskali prawo do występowania przed sądem. Był 7 maja 2008 roku, czwartek. Sprawa cywilna, z wyboru, przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Żoliborza. Nie pamięta już, o co dokładnie pozwani byli klienci ojca. Pamięta za to inne szczegóły. Powodów reprezentował prawnik Andrzej Kiliszewski, znany jako Skarabeusz. Ojciec Jerzego wcześniej złożył pismo zawierające ostateczne stanowisko w sprawie, więc młodemu aplikantowi pozostało właściwie tylko je poprzeć. Sąd zamknął rozprawę, publikację odroczył. Wyrok, jak się później okazało, nie był dla nich pomyślny. Procesowo — nic szczególnie dramatycznego. Zawodowo — pierwsze wejście na salę w roli pełnomocnika. Jerzy pamięta, że założył garnitur i krawat, co — jak sam przyznaje — dzisiaj nie zdarza mu się już w ogóle. Był tak zestresowany, że zapomniał ukłonić się sądowi przy wejściu na salę. A to, w świecie adwokackiej etykiety, nie jest detal bez znaczenia. Już na praktykach sędziowie zwracali uwagę, że ukłon wyróżnia adwokatów spośród innych profesjonalnych uczestników postępowania.
Jest w tym wspomnieniu coś bardzo charakterystycznego dla pierwszych rozpraw. Po latach nie pamięta się już przedmiotu sprawy, argumentacji ani nawet dokładnego układu procesowego. Pamięta się za to własne ciało w garniturze, ojca, który podwozi pod sąd, przedstawia klientom i jedzie dalej do Sądu Okręgowego, stres tak duży, że wypiera elementarny gest sądowej etykiety, oraz brak pretensji po niekorzystnym wyniku. Potem — zupełnie zwyczajny dalszy ciąg dnia. Po rozprawie Jerzy poszedł z kolegami z liceum na juwenalia, które odbywały się na przylegającym do sądu kampusie Wojskowej Akademii Technicznej. To bardzo charakterystyczna puenta pierwszego zawodowego wystąpienia. W głowie aplikanta dzieje się inicjacja, sprawdzian, stres i lęk przed uchybieniem rytuałowi. W kalendarzu świata — po prostu czwartek, sąd na Żoliborzu i juwenalia za płotem.
Właśnie dlatego pierwsza rozprawa rzadko zostaje w pamięci jako czysty zapis czynności procesowych. Zostają szczegóły. Crocsy na korytarzu. Przesadzenie na inne miejsce. Zapomniany wniosek o koszty. Garnitur założony z powagą, której później już się nie powtarza. Ukłon, którego zabrakło. Siedem minut rozprawy, do których człowiek przygotowywał się jak do egzaminu.
Na początku zawodu bardzo łatwo pomylić odpowiedzialność zawodową z odpowiedzialnością za wszystko, co dzieje się wokół sprawy. Młody pełnomocnik ma często poczucie, że jeśli pomyli jedno słowo, nie zareaguje w idealnej sekundzie, nie wypowie przygotowanej formuły odpowiednio pewnym głosem albo zapomni o jednym wniosku, to właśnie doprowadził do nieodwracalnej katastrofy. Oczywiście czasem uchybienia mają znaczenie. Procedura bywa bezlitosna. Ale równie często pierwsze lęki są większe niż rzeczywiste skutki. Problem polega na tym, że początkujący prawnik nie ma jeszcze skali. Nie wie, które potknięcie jest tylko potknięciem, a które naprawdę może mieć znaczenie. Dlatego wszystko wydaje się równie ważne. Każde pytanie sądu brzmi jak egzamin. Każda uwaga jak nagana. Każde zawahanie jak dowód nieprzygotowania. Standardowe wspomnienie mogłoby brzmieć tak: „Moja pierwsza rozprawa poszła dobrze. I to chyba było w niej najgorsze, bo zupełnie nie pasowała do poziomu stresu, który przeżywałam wcześniej. Przyszłam do sądu godzinę za wcześnie. Sprawdzałam salę kilka razy, mimo że numer miałam zapisany w telefonie, kalendarzu i na kartce w aktach. Przed wejściem powtarzałam sobie, jak mam się przedstawić, gdzie usiąść, co powiedzieć i w jakiej kolejności. Kiedy sprawę wywołano, weszłam na salę niemal automatycznie. Sąd zapytał o stanowisko. Powiedziałam dwa zdania. Pełnomocnik drugiej strony powiedział jedno. Sąd odroczył rozprawę i zobowiązał strony do złożenia pism. Całość trwała może 5 minut. Po wyjściu z sali byłam jednocześnie dumna i rozczarowana. Dumna, bo niczego nie zepsułam. Rozczarowana, bo w mojej głowie miała to być scena przełomowa, a w praktyce była to zwykła, techniczna czynność. Dopiero później zrozumiałam, że w tym zawodzie wiele ważnych momentów z zewnątrz wygląda właśnie tak: krótko, spokojnie i bez żadnej muzyki w tle”.
W tekście „Tego nie uczą na aplikacji” Gabriela Mamica pisała o różnicy między obserwowaniem a uczestniczeniem. Można wcześniej chodzić na rozprawy, siedzieć obok bardziej doświadczonego prawnika, widzieć dziesiątki spraw, znać rytm sali. Ale dopiero wtedy, gdy trzeba samodzielnie wstać i zabrać głos, okazuje się, że ciało pamięta stres lepiej niż głowa pamięta przepisy.
Z kolei Marcin Zatorski w tekście o pierwszej rozprawie w todze pokazał inny wymiar tego samego doświadczenia. Młody prawnik przychodzi na salę z pewnym wyobrażeniem zawodu: toga, garnitur, rytuał, powaga, starannie zbudowana scenografia profesjonalizmu. A potem rzeczywistość robi swoje. Upał, brak klimatyzacji, sąd bez tóg i sędzia, która z uśmiechem mówi, że pełnomocnik też może się rozebrać. W jednej chwili rozpada się plan perfekcyjnego debiutu.
To również jest lekcja. Sala sądowa ma swój porządek, ale nie jest muzeum własnych wyobrażeń o zawodzie. Zawód nie polega na tym, żeby wyglądać jak pełnomocnik z własnej fantazji o pełnomocniku. Polega na tym, żeby umieć działać wtedy, gdy rzeczywistość odbiega od scenariusza.
Jest jeszcze jeden rodzaj pierwszej rozprawy: ta, którą przeżywa się jak egzamin zawodowy, wystąpienie przed Trybunałem i prywatny sprawdzian z odwagi jednocześnie, choć z perspektywy akt sprawa ma znacznie skromniejszy ciężar.
Tomasz Krzywik w tekście „Po co mi to było?” opisuje swój sądowy debiut niemal jak wyprawę inicjacyjną. Upał, trzyczęściowy garnitur, krawat, za ciężka teczka, kontrola legitymacji przy wejściu, schody zamiast windy, czterdzieści minut zapasu pod salą i poczucie, że za chwilę wydarzy się coś na miarę matury albo obrony pracy magisterskiej. Był przygotowany. Siedział do drugiej w nocy nad stanowiskiem końcowym, oglądał mowy końcowe adwokatów, powtarzał przepisy, robił notatki. Wszedł na salę i mówił. Długo. Odwoływał się do akt, komentarzy i orzecznictwa. Miejscami się mylił, powiedział „pozwany” zamiast „oskarżony”, ale sąd poprawił go łagodnie. Po wszystkim miał sucho w gardle i analizował, czy wystąpienie było dostatecznie dobre. A potem przyszedł finał… Sąd uwzględnił wniosek kancelarii i zmienił wymiar dozoru Policji ze stawiennictwa raz na dwa tygodnie na stawiennictwo raz na trzy tygodnie.
To jest chyba jedna z najbardziej uczciwych opowieści o pierwszej rozprawie. Nie pokazuje spektakularnego sukcesu lecz dysproporcję, którą zna wielu prawników: wewnętrznie człowiek przeżywa wydarzenie jak wejście na salę operacyjną, a procesowo chodzi czasem o kilka minut, jedno stanowisko, jeden wniosek, jedną drobną zmianę. Tylko że dla debiutanta to nigdy nie jest drobne. Bo w tej pierwszej sprawie nie sprawdza się jeszcze wyłącznie interesu klienta. Sprawdza się siebie.
Nie każda pierwsza rozprawa musi jednak kończyć się poczuciem klęski, zawstydzenia albo potrzebą natychmiastowego odtworzenia w głowie całego przebiegu wydarzeń. Czasem dzieje się odwrotnie: stres kończy się dokładnie w chwili, w której zaczyna się praca.
Pamiętam swoje pierwsze oficjalne wyjście do sądu jako aplikantka. Było to pierwszego dnia, w którym zgodnie z przepisami mogłam już występować z upoważnienia adwokata. Przed wejściem na salę czułam zdenerwowanie. Duże. Takie, które każe człowiekowi jeszcze raz sprawdzić pełnomocnictwo, upoważnienie, sygnaturę, salę, godzinę i własne istnienie. A potem wywołano sprawę, przekroczyłam próg sali i nerwy zniknęły. Po prostu. Jakby ciało uznało, że skoro już weszło, to nie ma czasu na panikę. To też jest możliwe. Pierwsza rozprawa nie zawsze pokazuje nam własną bezradność. Czasem pokazuje coś przeciwnego: że sala sądowa, której wcześniej nadawaliśmy w głowie rozmiar niemal sakralny, jest po prostu miejscem pracy. Wymagającym, sformalizowanym, niekiedy opresyjnie sztywnym, ale jednak miejscem pracy. Takim, w którym trzeba słuchać, reagować, zadawać pytania, pilnować szczegółów i nie tracić kontaktu z tym, po co się tam przyszło.
Dobra rozprawa nie polega na tym, żeby wygłosić najpiękniejszą mowę życia. Czasem polega na jednym właściwym pytaniu, zauważeniu sprzeczności w zeznaniach, krótkiej reakcji w odpowiednim momencie, na tym, żeby nie wykłócać się z sądem, tylko rozmawiać z nim tak, jakby był sądem, o którym marzymy, nawet jeśli akurat nim nie jest lub na tym, żeby nie zasłaniać braku przygotowania nadmiarem słów.
Pierwsza rozprawa jest więc często końcem złudzenia, że wystarczy dobrze się przygotować, odpowiednio wyglądać i znać przepisy.
To wszystko pomaga. Ale nie wystarcza. Trzeba jeszcze przeżyć własny stres, pomyłkę, zawahanie, nieprzewidzianą reakcję sądu, klienta, który patrzy z nadzieją, patrona, który później zapyta „i jak poszło?”, oraz siebie samego, który po wyjściu z sali przez kilka godzin odtwarza w głowie każde zdanie.
W tle pierwszych rozpraw jest jeszcze jedna rzecz, o której rzadko mówi się początkującym prawnikom: klient widzi tylko fragment pracy.
Widzi kilka minut na sali, jedno stanowisko, kilka pytań, czasem tylko informację, że sąd odracza rozprawę albo wydaje postanowienie. Nie widzi godzin przygotowań, czytania akt, układania strategii, przewidywania wariantów i sprawdzania, co może pójść źle.
Stary adwokacki żart opowiada o świeżo upieczonym adwokacie, który mówi ojcu, też adwokatowi: „Tato, udało mi się skończyć tę sprawę, z którą męczyłeś się dwadzieścia lat!”. Ojciec odpowiada: „Synu, ja z tej sprawy zbudowałem dom, kupiłem trzy samochody, a ty ją skończyłeś na pierwszej rozprawie”. Ten dowcip jest śmieszny, dopóki nie dotyka realnego napięcia między pracą pełnomocnika a wyobrażeniami klienta. Jeśli sprawa kończy się szybko, klient może pomyśleć, że była prosta. Jeśli rozprawa trwa krótko, może uznać, że nie wydarzyło się nic istotnego. Jeśli pełnomocnik mówi zwięźle, może odnieść wrażenie, że powiedział za mało.
Nie da się całkowicie wyeliminować tego ryzyka. Da się jednak zmniejszyć je w sposób najprostszy: trzeba być przygotowanym, przyjść na czas, przed wywołaniem sprawy porozmawiać z klientem, a na sali rzeczywiście uczestniczyć w czynnościach. Nie odgrywać zaangażowania. Nie produkować pytań tylko po to, żeby klient widział aktywność. Nie wygłaszać tyrad dla własnego komfortu. Po prostu być obecnym, uważnym i gotowym do reakcji. To często wystarczy, żeby klient wiedział, że nie zapłacił za samo stawiennictwo, lecz za czyjąś realną pracę.
Z czasem wiele z tych rzeczy powszednieje. Toga staje się strojem roboczym. Sala sądowa przestaje być przestrzenią inicjacyjną, a staje się miejscem pracy. Wniosek o koszty przestaje być heroicznym aktem pamięci. Zastrzeżenie do protokołu przestaje brzmieć jak zaklęcie. Człowiek już wie, że czasem sąd ma przygotowane postanowienie, czasem trzeba zmienić miejsce, czasem trzeba odłożyć ambicję perfekcyjnego wystąpienia i po prostu zrobić swoje.
Ale pierwsza rozprawa zostaje.
Z pewnością nie dlatego, że była idealna, przeciwnie – prawie nigdy idealna nie jest. Może właśnie dlatego tak dobrze pokazuje początek zawodu. Nie ten z oficjalnych opowieści o powadze wymiaru sprawiedliwości, lecz ten prawdziwy: z pociągiem do Warszawy, kartką z mową, garniturem założonym z nadmierną powagą, crocsami po drugiej stronie korytarza, źle zajętym miejscem, zapomnianym wnioskiem, trzyczęściowym garniturem w upale i nagłym odkryciem, że na sali sądowej nie wystarczy wiedzieć.
W tych opowieściach powtarza się ten sam mechanizm: człowiek przychodzi na salę z własnym scenariuszem, a rzeczywistość natychmiast go koryguje.
Czasem sąd ma już gotowe postanowienie. Czasem wystarczy przesadzenie na inne miejsce, żeby posypała się pamięć o kosztach. Czasem wystąpienie przeżywane jak mowa życia kończy się zmianą dozoru z dwóch tygodni na trzy. Czasem siedmiominutowa rozprawa okazuje się większym przeżyciem niż niejedno późniejsze, procesowo poważniejsze posiedzenie. Właśnie dlatego pierwsze rozprawy tak dobrze zostają w pamięci. Nie dlatego, że były procesowo najważniejsze. Dlatego, że człowiek po raz pierwszy rozumie, że zawód nie polega na tym, żeby perfekcyjnie odegrać rolę prawnika. Polega na tym, żeby działać wtedy, gdy rola zaczyna się rozjeżdżać z rzeczywistością. Trzeba jeszcze wytrzymać siebie w tej roli.
Joanna Parafianowicz
adwokatka
kontakt z autorką:


No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.