Na rozprawie najważniejsza jest termoregulacja

Nie pochodzę z rodziny prawniczej. Cała moja droga do zawodu radcy prawnego — od momentu, gdy jako nastolatek, z powagą godną lepszej sprawy, nosiłem teczkę zamiast plecaka, po dzisiejszą praktykę, z której jestem autentycznie dumny — była budowaniem wszystkiego od zera.

Na studiach, jak większość z nas, chorowałem na syndrom „młodego mecenasa” vel „Karola z Prawa”. Wiadomo, o co chodzi: dziewiętnastolatek w garniturze, który z namaszczeniem tłumaczy rówieśnikom z innych wydziałów, przyjmując odpowiedni tembr głosu i postawę, że „w jego ocenie jako prawnika jest tak i tak…”. Dziś należy się z tego śmiać i kpić, ale wtedy taki byłem. Jak zresztą chyba setki podobnych studentów prawa.

Po aplikacji radcowskiej i zdanym egzaminie zawodowym nadszedł mój wielki moment: pierwsza rozprawa w todze, a nie po cywilnemu. Przypadł na upalne dni lipca, na początku drugiej dekady XXI wieku. Temperatura dobijała chyba do czterdziestu stopni Celsjusza. Oczywiście do „świątyni sprawiedliwości” nie mogłem przyjść po prostu elegancko ubrany. A już na pewno nie gorzej niż wtedy, gdy chodziłem na wykłady. To musiał być poziom absolutnie mistrzowski: wełniany garnitur, biała koszula, złote spinki, krawat z idealnym węzłem windsorskim, skórzane oksfordy i tak dalej. A na to wszystko — wisienka na torcie, owoc lat wyrzeczeń — dostojna, długa, wełniana toga uszyta przez lokalnego mistrza krawiectwa.

W tamtych czasach klimatyzacja w sądach była abstrakcją. Dziś zresztą też nie zawsze jest z tym lepiej. Stałem więc na korytarzu w tej wełnianej zbroi superbohatera, zapięty na ostatni guzik — dosłownie i w przenośni — i pociłem się z najwyższą godnością. Wreszcie wywołano moją sprawę. Wszedłem na salę, zmierzając dumnie do ławy pełnomocnika zawodowego, i złożyłem głęboki ukłon Królowej Sprawiedliwości. Za stołem sędziowskim zasiadała wówczas SSR Sylwia Krajewska, co dla mnie oznaczało jedno: absolutnie wszystko musi być perfekcyjne.

I wtedy spojrzałem na skład sądu bardziej przytomnie.

Królowa była naga.

To znaczy: bez togi.

Spojrzała na mnie i rzuciła z uśmiechem:

— Panie mecenasie, dziś jest taki upał, że sądzimy bez tóg. Pan też może się rozebrać.

Przeżyłem potężny dysonans poznawczy. Z jednej strony od lat marzyłem o tym jednym dniu, w którym wreszcie zaprezentuję się na sali sądowej w todze. Z drugiej — w tamtym konkretnym momencie marzyłem już tylko o tym, żeby zrzucić z siebie wszystko. Mój misterny plan idealnego, dostojnego debiutu stopił się w sekundę w lipcowej atmosferze.

Dziś toga jest dla mnie po prostu strojem roboczym. Nie ukrywam, zdarza mi się czasem o niej zapomnieć, mimo że mam w szafie aż trzy sztuki. Polubiłem ją jednak. W przeciwieństwie do kolegów z amerykańskich seriali, którzy na salach chwalą się drogimi garniturami, ja wolę pod togą ukryć luz, którego nabierałem wprost proporcjonalnie do zdobywanego doświadczenia. Oczywiście jest to luz w granicach mojego aktualnego poziomu zaawansowania wiekowego. Wciąż króluje biała koszula, ale krawat zakładam już rzadko, a bazą stała się sportowa marynarka, chinosy i zamszowe loafersy.

Lekcja z pierwszego razu w todze została ze mną na zawsze: sala sądowa ma swój porządek, rytuał i scenografię, ale praktyka szybko uczy, że nie wszystko da się rozegrać według wcześniej napisanego scenariusza. Czasem nawet najbardziej wysokoskrętna wełna musi ustąpić przed zdrowym rozsądkiem uczestników postępowania.

Marcin Zatorski
radca prawny

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.