Na samym początku aplikacji wydawało mi się, że najtrudniejsze w byciu pełnomocnikiem procesowym będzie niemal biegłe pamiętanie treści przepisów. Później myślałam, że dynamika rozprawy. Jeszcze później — emocje i odpowiedzialność. Dziś wiem, że najbardziej wymagającym towarzyszem początku wykonywania zawodu był stres. Wyjątkowo kreatywny.
Taki, który potrafił obudzić mnie o piątej rano z przekonaniem, że na pewno zaspałam, choć budzik miał zadzwonić dopiero za godzinę. Taki, który kazał po raz czwarty sprawdzać adres sądu, mimo że dzień wcześniej zrobiłam to równie skrupulatnie. Taki, który planował trasę z zapasem na korki, miejsce parkingowe i chwilę na rozmowę z klientem przed rozprawą. Taki, który jeszcze wieczorem upewniał się, czy na pewno jadę do właściwego sądu — co w niektórych miastach, mających więcej niż jedną siedzibę sądu, wcale nie jest tak absurdalne, jak mogłoby się wydawać.
A przecież wcześniej wielokrotnie uczestniczyłam już w rozprawach. Chodziłam na nie podczas praktyk, później z Mecenasem, w pracy w kancelarii. Widziałam sprawy karne i cywilne, obserwowałam doświadczonych pełnomocników, poznawałam rytm sali rozpraw.
Obserwowanie i uczestniczenie to jednak dwie zupełnie różne rzeczy.
Moje pierwsze zastępstwo dotyczyło sprawy z urzędu, w której dziewiętnastoletni chłopak był podejrzewany o wyłudzenia na kwotę przekraczającą kilkaset tysięcy złotych. Zanim jeszcze zdążyłam się z nim spotkać, trzeba było ustalić, gdzie właściwie się znajduje. Telefon do prokuratury. Telefon do jednostki policji. Ustalenie, czy posiedzenie w przedmiocie tymczasowego aresztowania już się odbyło. Rodzina zgłosiła się do kancelarii dopiero następnego dnia po zatrzymaniu, więc wcześniej stanął przed sądem bez udziału obrońcy.
Kolejnym krokiem była zgoda prokuratora na widzenie i moja pierwsza wizyta w areszcie śledczym. To miejsce robi wrażenie. Zostawia się telefon, klucze i wszystkie osobiste rzeczy. Przechodzi przez kolejne ciężkie drzwi i kraty, otwierane pojedynczo. W ręku zostaje kartka i długopis — potrzebne, by klient mógł podpisać upoważnienie do obrony.
Człowiek bardzo szybko uświadamia sobie, że poczucie izolacji jest tam elementem konstrukcji, a nie przypadkiem. Równie szybko rozumie, jak ulotna potrafi być wolność i wszystkie oczywiste na co dzień możliwości.
To doświadczenie pamiętam do dziś. Niedługo później zastępowałam adwokata podczas rozprawy apelacyjnej w sprawie o rozbój. To była pierwsza sprawa z moim udziałem, w której sąd orzekł wobec klienta bezwzględną karę pozbawienia wolności. Pamiętam nie tylko samą publikację wyroku. Zapadły mi w pamięć przede wszystkim emocje i łzy jego mamy na sądowym korytarzu. Pamiętam jej nadzieję tuż przed wejściem na salę i ciszę, która zapadła po ogłoszeniu orzeczenia. Pamiętam także młodego człowieka, który zamiast przygotowywać się po wakacjach do rozpoczęcia studiów, musiał przygotować się do odbycia kary w zakładzie karnym. Jakiś czas później spotkałam jego mamę przypadkiem na jednym z górskich szlaków. Jedno z tych spotkań, które przypominają, że sprawa karna nie kończy się na oskarżonym. Za sygnaturą akt zostają też inni ludzie. Ich lęk, nadzieja, bezradność i próby poukładania sobie życia po wyroku.
Była też jedna z moich pierwszych rozpraw cywilnych — sprawa dotycząca kredytu frankowego. Do dziś pamiętam kartkę, na której miałam rozpisaną niemal słowo w słowo treść potencjalnych zastrzeżeń do protokołu. Wiedziałam, że sąd może pominąć część zgłoszonych przez stronę wniosków dowodowych, a moim zadaniem będzie natychmiast zareagować.
Dla osoby spoza zawodu może brzmieć to jak procesowy detal. W rzeczywistości od prawidłowej reakcji pełnomocnika na pominięcie dowodu może zależeć możliwość skutecznego podniesienia określonych zarzutów w apelacji. Jeżeli pełnomocnik przegapi właściwy moment, późniejsze kwestionowanie tej decyzji sądu może być znacznie trudniejsze. Nic więc dziwnego, że przez większą część rozprawy bardziej niż własnym głosem przejmowałam się tym, żeby nie przegapić tej jednej chwili. Kiedy w końcu nadeszła, stres zrobił swoje. Powiedziałam, że składam zastrzeżenie „z uwagi na oddalenie przez sąd dowodu”. Sędzia natychmiast mi przerwała i zapytała o znajomość treści art. 235² k.p.c. W tamtej chwili poczułam, jak zaczyna załamywać mi się głos. Jeszcze kilka minut wcześniej wiedziałam przecież, że sąd wnioski dowodowe „pomija”, a nie „oddala”. Wiedziałam też, że pominięcie dowodu powinno opierać się na jednej z przesłanek wskazanych w art. 235² k.p.c. Tyle tylko, że stres w kilka sekund skutecznie wymazał mi z pamięci, które dokładnie punkty tego przepisu sąd przed chwilą wskazał.
To był jeden z tych momentów, w których człowiek ma wrażenie, że cała sala rozpraw patrzy na niego. Bo patrzy. I że wszyscy słyszą bicie jego serca. Tego akurat pewnie nie słyszą, ale tylko trochę.
Na szczęście rozprawa nie zakończyła się od razu. Po krótkiej przerwie, zarządzonej z zupełnie innego powodu, z ostrożności procesowej ponownie zgłosiłam zastrzeżenie do protokołu i poprosiłam o uzupełnienie jego treści. Dziś wspominam tę sytuację z uśmiechem. Wtedy byłam przekonana, że właśnie wydarzyła się największa procesowa katastrofa w moim dotychczasowym życiu zawodowym. Dziś zastrzeżenie do protokołu jest jedną z wielu czynności procesowych. Wtedy wydawało mi się, że od tych kilku zdań zależy niemal wszystko. I chyba właśnie to najlepiej opisuje początek aplikacji.
Początkującemu pełnomocnikowi bardzo łatwo pomylić odpowiedzialność zawodową z odpowiedzialnością za cudze życiowe wybory.
Emocjonalnie przeżywałam niektóre sprawy tak, jakbym to ja odpowiadała za wydarzenia, które doprowadziły klienta przed sąd. Jakby ode mnie zależało coś więcej niż rzetelne wykonanie obowiązków pełnomocnika. Dopiero z czasem zrozumiałam, że moim zadaniem jest znać akta, przygotować się do czynności, pilnować procedury i działać w najlepiej pojętym interesie klienta. Nie mogę natomiast brać odpowiedzialności za jego życiowe decyzje ani za wydarzenia, które miały miejsce, zanim pojawiłam się w jego sprawie.
Mogę towarzyszyć klientowi w jednym z najtrudniejszych momentów jego życia. Nie mogę przeżyć go za niego.
To brzmi jak oczywistość. Na początku aplikacji wcale nią nie jest.
Z perspektywy czasu myślę, że właśnie po to jest aplikacja. Nie tylko po to, żeby nauczyć się procedury czy poznać kolejne przepisy. Przede wszystkim po to, by wystawiać się na ekspozycję.
Rozprawy. Sprawy indywidualne i wieloosobowe. Sale z publicznością i sale zupełnie puste. Czynności przed organami ścigania. Rozmowy z klientami. Wielotomowe akta. Poczta. Telefony. Kilometry. A także doświadczenie uczestniczenia w sekcji zwłok podczas praktyk w prokuraturze. Cenniejsze, niż przypuszczałam.
Są doświadczenia, których nie da się zastąpić żadnym podręcznikiem. Tak samo jak żadna książka o bieganiu nie sprawi, że przebiegniemy maraton ani choćby zwiększymy wydolność krążeniowo-oddechową, jeśli nigdy nie wyjdziemy na trening. To właśnie one sprawiają, że z czasem stres nie znika, ale przestaje prowadzić.
Jeżeli więc ktoś zapytałby mnie dziś o najbardziej trwały efekt aplikacji, odpowiedziałabym bez większego namysłu: doświadczenie. A zaraz potem — bruksizm. Kolejność najpewniej nie jest przypadkowa.
Gabriela Mamica
aplikantka adwokacka
kontakt z autorką


No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.