Jest taki moment w życiu wielu aplikantów, którego nie opisują ani kodeks etyki, ani regulamin aplikacji. Zaczynają prowadzić cudze sprawy tak, jakby były ich własnymi. Formalnie wszystko pozostaje bez zmian. Pod pismem podpisuje się patron, on odpowiada przed klientem, sądem i samorządem. Aplikant nie podejmuje ostatecznych decyzji i nie ponosi za nie odpowiedzialności. Tyle teoria.
W praktyce to właśnie on odbiera telefon od zdenerwowanego klienta, pilnuje terminów, przygotowuje projekty pism i zastanawia się, czy czegoś nie przeoczył. Wraca do domu ze sprawą w głowie, analizuje ją wieczorem i budzi się w nocy z myślą, czy wszystko zostało zrobione na czas. Najbardziej uderza mnie rozdźwięk między formalnym zakresem obowiązków a tym, co dzieje się w psychice młodego prawnika. Można nie odpowiadać za decyzję w sensie prawnym, a mimo to ponosić cały ciężar emocjonalny związany z jej skutkami.
Samodzielności nie da się nauczyć bez stopniowego przekazywania obowiązków. Każdy patron prędzej czy później musi pozwolić aplikantowi podejmować własne działania. Granica przebiega jednak tam, gdzie przekazanie zadań przestaje oznaczać naukę, a staje się przeniesieniem ryzyka. Zdarza się, że aplikant przez wiele miesięcy prowadzi sprawę niemal samodzielnie. Kontaktuje się z klientem, przygotowuje pisma, uczestniczy w podejmowaniu bieżących decyzji. Wszystko wskazuje na to, że ma realny wpływ na przebieg postępowania. Wystarczy jednak jeden problem, aby usłyszeć, że przecież do niczego nie był uprawniony. Ostateczne decyzje należały do patrona, więc nie miał prawa ich podejmować. Ten mechanizm budzi mój wewnętrzny sprzeciw. Oczekuje się dojrzałości, samodzielności i odporności na stres, jednocześnie przypominając, że aplikant w istocie nie decyduje o niczym. Trudno rozwijać poczucie odpowiedzialności tam, gdzie odbiera się sprawczość.
Nie twierdzę, że jest to powszechna praktyka. Wielu patronów doskonale rozumie swoją rolę i potrafi uczyć zawodu, pozostając obok aplikanta również wtedy, gdy pojawiają się trudniejsze sytuacje. Wystarczy jednak kilka odwrotnych doświadczeń, by zrozumieć, jak łatwo młody prawnik zostaje sam z konsekwencjami decyzji, których formalnie nigdy nie podjął. Uważam, że warto dokumentować ważniejsze ustalenia z patronem. Nie z braku zaufania. Z potrzeby ochrony samego siebie. Relacja patron–aplikant jest relacją nierównorzędną, a pamięć uczestników zdarzeń bywa zaskakująco zawodna, gdy po czasie trzeba odtworzyć przebieg rozmów albo ustalić, kto zdecydował o określonym kierunku działania. Kilka zdań w wiadomości e-mail czy krótka notatka po spotkaniu często okazują się cenniejsze niż najlepsza pamięć.
Rozmowa o aplikacji bardzo często koncentruje się na liczbie rozpraw, projektów pism czy godzin spędzonych w kancelarii. Znacznie rzadziej mówi się o odpowiedzialności. Tymczasem to właśnie sposób jej przekazywania decyduje o tym, czy młody prawnik nabierze pewności siebie, czy przede wszystkim nauczy się żyć w ciągłym lęku przed błędem.
Joanna Parafianowicz

No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.