Po co mi to było, myślę.

Stresuję się. Pewnie, że się stresuję. Teczka jest trochę za ciężka, buty rozłażą się w upale, a do tego ten cholerny garnitur. Sam nie wiem, co mi strzeliło do głowy. Trzydzieści pięć stopni, żadnej chmury, chmurki, obłoczka nawet, a ja zasuwam w trzyczęściowym garniturze na Marszałkowską 82. Rzecz jasna pod krawatem, bo co to za prawnik bez krawata?

Na wejściu proszą mnie o legitymację. Chwila zawahania. Co, jeśli zapomniałem tego zielonego kawałka plastiku? Wyciągam portfel, otwieram, jeszcze sekunda niepewności, ale jest. Obędzie się bez wstydu. Nie zawiodę klienta, który na mnie liczy. A tam, klienta. Kancelarii. Kancelarii, która na mnie liczy, bo wszyscy wiedzą, że to mój debiut. Poza klientem, zdaje się, ale szczerze mówiąc, tego nie wiem. W tych całych emocjach zapominam o windzie i wchodzę po schodach. Za wysoko. Muszę się cofnąć, ale w końcu docieram pod salę. Zerkam na zegarek. Udało się. Mam jeszcze czterdzieści minut. Na swój debiut sądowy się nie spóźnię.

Pięć minut przed wyznaczoną godziną czuję się tak, jakbym za chwilę miał powtarzać maturę albo bronić pracy magisterskiej.

Jestem, rzecz jasna, przygotowany. Niech to, siedziałem do drugiej w nocy nad stanowiskiem końcowym. Oglądałem na YouTubie mowy końcowe adwokatów, robiłem notatki, powtarzałem do znudzenia przepisy kodeksu postępowania karnego. Do tak poważnej sprawy nie da się być przygotowanym bardziej.

Tylko gdzie prokurator? Gdzie klient? Nikogo nie ma. Jestem sam wobec ogromu powagi wymiaru sprawiedliwości Rzeczypospolitej.

Wreszcie wychodzi protokolantka. Młoda dziewczyna, chyba nawet młodsza ode mnie. Zaprasza na salę. Czuję ulgę, bo sędzia ma sympatyczny wyraz twarzy i nie wygląda na przesadną formalistkę. Przyjmuje ode mnie substytucję, referuje sprawę i prosi o zajęcie stanowiska.

Wstaję. Ciężar odpowiedzialności jest ogromny. Wiem, że mam pięć minut, tyle sędzia przeznaczyła na naszą sprawę. W praktyce mam kilka sekund, żeby ją zainteresować. Muszę uderzać.

Mówię więc. Długo. Odwołuję się do akt, podpieram komentarzami i orzecznictwem. Gestykuluję, ale bez przesady, bo w pamięci wciąż mam znakomitą „Sztukę wymowy sądowej” mec. Łyczywka i mec. Missuny. Miejscami się mylę, mówię „pozwany” zamiast „oskarżony”, ale sąd poprawia mnie łagodnie, bez złośliwości.

Kiedy kończę, mam sucho w gardle. Siadam i szybko analizuję, co właściwie powiedziałem. Chyba wyszło nieźle. Głupio z tym pozwanym, trudno, pierwsze koty za płoty. Zresztą nie miałem łatwego zadania. Kto wie, może przekonam Sąd. Muszę. Tyle osób na mnie liczy.

Przekonałem.

Ująłem Sąd swoim przygotowaniem, płomiennym wystąpieniem i argumentacją złożoną jak tesserakt.

Sąd uwzględnił wniosek kancelarii i zmienił wymiar dozoru Policji ze stawiennictwa raz na dwa tygodnie na stawiennictwo raz na trzy tygodnie.

Od mojego sądowego debiutu minęło właśnie sześć lat. Trudno nawet zgadywać, ile razy występowałem już przed sądami. Z czasem stres ustąpił miejsca zwykłej odpowiedzialności. Odkryłem też coś jeszcze: po drugiej stronie stołu nie siedzi mityczny przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości, tylko człowiek. Sędzia, który też ma gorszy dzień, czasem się pomyli, czasem uśmiechnie, czasem zażartuje.

Paradoksalnie dopiero ta świadomość sprawiła, że sala rozpraw przestała wydawać się miejscem obcym. Śmiem wręcz twierdzić, że stała się trochę moim drugim biurem.

Tomasz Krzywik

adwokat

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.