Prawo do obrony przez kogokolwiek

Coraz częściej wraca temat urlopu pełnomocników i obrońców. Wraca nie jako abstrakcyjny postulat wygody zawodowej, lecz jako reakcja na praktykę, w której system zaskakująco mało miejsca zostawia na zwykłą ludzką niedostępność. Urlop, choroba, hospitalizacja, życie rodzinne — wszystko to bardzo szybko zostaje sprowadzone do jednego zdania: kancelaria powinna się zorganizować. (***)

Na pierwszy rzut oka trudno się z tym spierać. Pełnomocnik ma obowiązek zapewnić zastępstwo. Prawo o adwokaturze, podobnie jak ustawa o radcach prawnych, rzeczywiście przewiduje, że w razie urlopu lub innej przemijającej przeszkody profesjonalny pełnomocnik powinien ustanowić zastępstwo, tak aby prowadzone sprawy nie doznały uszczerbku. Ten argument jest znany. W wielu sytuacjach także trafny. Kłopot w tym, że coraz częściej działa jak formuła zamykająca rozmowę.

Każdy, kto prowadził sprawę dłużej niż przez jeden termin, wie, że nie każda czynność procesowa waży tyle samo. Jest różnica między prostym terminem, na którym można rzeczywiście poprosić koleżankę albo kolegę o zastępstwo, a sprawą karną trwającą dziewięć lat, obejmującą ponad sto tomów akt, wielu oskarżonych i wyrok, który może przesądzić o dalszym życiu człowieka.

To nie jest różnica objętości akt. To jest różnica odpowiedzialności.

W takich sprawach obecność obrońcy nie polega na tym, że ktoś zajmie miejsce przy stole i w pozycji narciarskiego skoczka w odpowiedniej chwili powie: „wnoszę jak dotychczas”. Obrońca, który prowadzi sprawę od początku, zna jej rytm. Wie, które wątki są rzeczywiście istotne, a które tylko wyglądają na ważne. Pamięta wcześniejsze decyzje procesowe, zeznania świadków, napięcia i konflikty między oskarżonymi, słabsze miejsca materiału dowodowego oraz znaczenie szczegółów, które dla osoby wchodzącej do sprawy z zewnątrz mogą być całkowicie niewyczuwalne. Tego nie da się uczciwie przepisać do notatki dla substytuta. Można i rzecz jasna trzeba przekazać akta. Można przekazać instrukcję. Można nawet odbyć długą rozmowę. Ale nie da się w kilka godzin przekazać kilku lat prowadzenia sprawy.

Sąd ma oczywiście własną perspektywę. Sprawy nie mogą być odraczane bez końca. Wokanda nie jest kalendarzem urlopowym pełnomocników. Strony mają prawo do rozpoznania sprawy w rozsądnym czasie. To wszystko prawda i udawanie, że ten problem nie istnieje, byłoby nieuczciwe. Jest jednak jedno „ale”.

Sprawność postępowania nie powinna opierać się na fikcji, że każdy profesjonalny pełnomocnik jest w każdej chwili zastępowalny przez innego.

Najbardziej niepokoi właśnie ten automatyzm. Pełnomocnik składa wniosek z rozsądnym wyprzedzeniem. Nie próbuje zaskoczyć sądu dzień przed rozprawą. Nie torpeduje terminu. Informuje o zaplanowanym urlopie i obiektywnej niedostępności. W odpowiedzi słyszy, że jego obecność nie jest obowiązkowa, a skoro ma przeszkodę, może ustanowić substytuta. Formalnie wszystko się zgadza. Praktycznie — nie zawsze.

Co bowiem właściwie znaczy, że sprawa nie dozna uszczerbku?

Czy wystarczy, że na sali pojawi się jakikolwiek adwokat? Że będzie miał substytucję i dostęp do akt? A może wystarczy mglista wiedza o przedmiocie postępowania? Czy wystarczy, że będzie mógł powiedzieć sądowi, iż działa z upoważnienia obrońcy, który zna sprawę od lat? W prostych sprawach być może ten model niekiedy się sprawdzi. W sprawach poważnych, wielotomowych i wieloletnich taka odpowiedź bywa tylko elegancko ubraną fikcją. Jeżeli sąd uznaje, że obecność konkretnego obrońcy jest bez znaczenia, bo jego udział nie jest obowiązkowy, to rozmowa przestaje dotyczyć organizacji pracy kancelarii. Zaczyna dotyczyć tego, jak formalnie można potraktować prawo do obrony.

Pełnomocnicy i obrońcy mają obowiązki wobec klientów. To oczywiste. Ale nie są elementem infrastruktury sądu. Nie są dyżurnym przedłużeniem wokandy. Nie są zasobem, który można dowolnie podmienić bez wpływu na jakość pomocy prawnej. Od profesjonalnych pełnomocników wymaga się odpowiedzialności, przygotowania i lojalności wobec klienta. Słusznie. Tyle że ta odpowiedzialność ma także drugą stronę. W sprawach, w których stawką nie jest tylko kolejny termin w kalendarzu, ale realna sytuacja procesowa człowieka, a być może jego wolność, nie każdą nieobecność da się skwitować zdaniem, że przecież można wysłać substytuta.

Bo wtedy prawo do obrony zaczyna niebezpiecznie przypominać prawo do obecności kogokolwiek w todze.

Joanna Parafianowicz

adwokatka

kontakt z autorką:

(***)

Tekst nawiązuje do artykułu Olgi Piaskowskiej „Nieistotna dla rozstrzygnięcia choroba pełnomocnika”, opublikowanego w Pokoju Adwokackim 22 czerwca 2026 r., dotyczącego dyskusji wokół postanowienia Sądu Najwyższego z 28 kwietnia 2026 r., III CZ 44/26. 

Bezpośrednim impulsem do napisania tego tekstu była historia nadesłana na skrzynkę Pokoju Adwokackiego. Jedna z tych, które nie powinny być typowe, a jednak zaskakująco często brzmią znajomo.

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.