Piętnaście lat później. Gdy prawda dogania wszystkich

Wymiar sprawiedliwości lubi mówić o nowoczesności. Gorzej z jej praktykowaniem. Najnowsze osiągnięcia nauki i technologii brzmią dobrze w deklaracjach, choć czasem przełom przynosi metoda znana od lat — trzeba tylko zdecydować się po nią sięgnąć. Kryminalistyka nie rozwija się przecież wyłącznie dzięki nowym technologiom. Rozwija się także dzięki ludziom, którzy nie czekają, aż pionierskie rozwiązanie stanie się urzędową rutyną.

Kilka dni temu Prokuratura Regionalna w Gdańsku i funkcjonariusze gdańskiego Archiwum X poinformowali o zatrzymaniu mężczyzny podejrzanego o zabójstwo 13-letniej Izabeli Strzałkowskiej. Informacja błyskawicznie obiegła media. Trudno się dziwić. Mówiono o przełomie, pierwszym w Polsce zastosowaniu genealogii genetycznej i sprawie, która po niemal piętnastu latach weszła w nowy etap. Przez cały ten czas można było sądzić, że sprawiedliwość przegrała z czasem.

„Przełom” nie jest tu medialną przesadą. Tyle że efekt łatwo przesłania drogę, która do niego doprowadziła.

O historii Izy media piszą od lat. 23 sierpnia 2011 roku dziewczynka wyszła odprowadzić koleżankę na przystanek autobusowy. Do domu miała zaledwie kilkaset metrów. Nie wróciła. Wieczorem jej ciało, niedaleko domu, odnalazła mama. Z ustaleń śledczych wynikało, że dziewczynka została zaatakowana od tyłu i zmarła wskutek nagłego uduszenia, a motywem była napaść o charakterze seksualnym.

Od początku było wiadomo, że sprawca pozostawił materiał biologiczny. To brzmiało jak konkretna przewaga śledczych. Przez lata okazywało się przewagą czysto teoretyczną. Profil DNA nie figurował w żadnej z dostępnych baz. Pobierano więc materiał genetyczny od kolejnych typowanych osób i porównywano go z zabezpieczonym śladem. Bez rezultatu.

Skala tej pracy nie mieści się w jednym prasowym zdaniu. Jak podkreśla rzecznik Prokuratury Regionalnej w Gdańsku, od 2020 roku zgromadzono ponad 30 tomów akt, przesłuchano 805 świadków i uzyskano 112 opinii biegłych różnych specjalności, w tym około 90 z zakresu genetyki. Pobrano materiał DNA od 685 osób, a następnie od kolejnych 231. Zabezpieczono nagrania z kilkunastu monitoringów, przeprowadzono liczne oględziny i eksperymenty procesowe. Liczby odbierają wygodny argument, że śledztwo utknęło przez bezczynność organów ścigania. Utknęło mimo ogromu wykonanej pracy.

Przełom przyniosła dopiero decyzja prokuratora prowadzącego, który w 2024 roku zlecił polskiemu zespołowi biegłych ekspertyzę z zakresu genealogii genetycznej. Amerykańskie organy ścigania od lat wykorzystują tę metodę, zwłaszcza w tzw. cold cases. W Polsce — jak wyjaśnia rzecznik Prokuratury Regionalnej w Gdańsku — było to przedsięwzięcie pionierskie.

Genealogia genetyczna omija ograniczenie, które przez lata blokowało to śledztwo: nie wymaga odnalezienia poszukiwanego profilu w policyjnej bazie DNA. W dużym uproszczeniu pozwala dotrzeć do osób biologicznie spokrewnionych z jego właścicielem, które dobrowolnie udostępniły swoje profile w komercyjnych bazach genealogicznych. Biegli odtwarzają na tej podstawie drzewo genealogiczne i zawężają krąg osób, od których mógł pochodzić zabezpieczony materiał biologiczny. To nadal trop, nie wyrok. Genealogia genetyczna sama nie przesądza ani sprawstwa, ani odpowiedzialności karnej.

Medialny zachwyt nad przełomem ma jednak swoją mniej efektowną granicę: procedurę.

Zatrzymany w sprawie Izy ma status podejrzanego. Jeszcze nie oskarżonego, tym bardziej — skazanego. To nie prawnicze czepianie się słów. Podejrzanemu przedstawiono zarzuty. Oskarżonym stanie się po wniesieniu aktu oskarżenia do sądu, a winnym — dopiero po prawomocnym wyroku skazującym. W sprawie budzącej tak silne emocje domniemanie niewinności nie jest ozdobnikiem z podręcznika, tylko jedną z podstawowych gwarancji procesu karnego.

Portale, które już piszą o „sprawcy” lub „mordercy”, wyprzedziły nie tylko sąd, lecz także akt oskarżenia.

Kiedy przeczytałam o zatrzymaniu, pomyślałam o czymś jeszcze. Jeśli podejrzenia śledczych się potwierdzą, ktoś przez piętnaście lat mógł żyć z przekonaniem, że odpowiedzialność go ominęła. Że ta sprawa już nie wróci. W tym czasie założył rodzinę, został mężem i ojcem. Jeżeli zarzuty znajdą potwierdzenie w postępowaniu i wyroku sądu, kilka dni temu zawalił się także świat jego najbliższych. Prawo karne zna zasadę indywidualnej odpowiedzialności: za cudzy czyn nie odpowiadają żona, dzieci ani rodzice. Życie jest mniej precyzyjne. Konsekwencje przestępstwa rzadko zatrzymują się na sprawcy i pokrzywdzonym.

Ta sprawa zapewne zapisze się jako pierwsze w Polsce zastosowanie genealogii genetycznej w tak głośnym śledztwie. Dla mnie mówi jednak coś więcej o samym wymiarze sprawiedliwości: dostęp do narzędzia jeszcze nie oznacza gotowości, by z niego skorzystać. Nauka stworzyła narzędzie. Reszta należała do ludzi.

Samo narzędzie nie prowadzi śledztwa i nie dostarcza gotowej odpowiedzi. Pozwala natomiast wrócić do tych samych tomów akt i analiz kryminalistycznych z pytaniem, którego wcześniej nikt nie mógł zadać. Tutaj właśnie zmiana perspektywy okazała się ważniejsza niż kolejna porcja dobrze znanych danych. Potrzebny był jeszcze ktoś, kto uznał, że skoro dotychczasowe metody nie dały odpowiedzi, warto wyjść poza utrwalony schemat. Także poza statystyki i przekonanie, że po tylu latach niewiele da się zrobić. W tym widzę największą wartość tej sprawy. Powrót do niewyjaśnionego postępowania ma sens, gdy stare fakty można poddać nowym pytaniom. Fakty się nie zmieniły. Zmieniły się możliwości ich poznania. Czas sam nie rozwiązuje spraw. Czasem robi to odwaga, by po latach przestać szukać w ten sam sposób.

Gabriela Mamica

 

 

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.