Dzisiejszy marketing prawniczy to zjawisko równie fascynujące, co chwilami karykaturalne. Z jednej strony coraz chętniej „wychodzimy do ludzi” i tłumaczymy z prawniczego na polski, co samo w sobie jest oczywiście potrzebne. Z drugiej — wciąż kurczowo trzymamy się branżowej sztampy. Pozujemy do zdjęć z kodeksem jak z rekwizytem i rzucamy paragrafami, których — bądźmy szczerzy — nikt nie przeczyta, dopóki sam nie dostanie wezwania do sądu. Na domiar złego nadal posługujemy się językiem, który bynajmniej nie jest prosty. Kojarzy się raczej ze ścianą tekstu. Zapisaną drobnym druczkiem.
Nie zapomnę, jak jeszcze na studiach jeden z prowadzących ćwiczenia założył w social mediach profil, który miał połączyć pasję do gotowania z prawem. W praktyce wyglądało to tak: na górze autorski przepis na danie, a tuż pod nim — wklejony artykuł z kodeksu karnego. Do dziś zastanawiam się, co w tym poście było cięższe. A już na pewno trudniejsze do strawienia.
Brakuje w tym wszystkim oddechu. Prawnik nie musi być „papugą” ukrytą za sztywnym kołnierzykiem. Może być człowiekiem, dla którego świat nie kończy się na przepisach, a zawodowa wiarygodność nie polega na tym, że każde zdanie brzmi jak fragment uzasadnienia. Brakuje osób, które pokazują prawniczą codzienność taką, jaka jest naprawdę: czasem ciekawą, czasem absurdalną, często prozaiczną. Bez akademickiej pozy, bez przebrania za autorytet, bez udawania, że zawód prawnika odbywa się wyłącznie na sali sądowej albo w bibliotece pod ścianą komentarzy.
Taki obraz może młodych ludzi zachęcić do wejścia w ten świat. Może też, co bywa równie cenne, skutecznie ich zniechęcić, zanim pomylą zawód prawnika z kulisami „Magdy M.” albo „Prawa Agaty”. Tym, którzy już w tym świecie są, może natomiast przypomnieć, że za togą, pieczątką, podpisem i terminami nadal stoi człowiek. Zmęczony, ambitny, czasem zniechęcony, czasem dumny. Ale człowiek.
Jakiś czas temu przeczytałam „Listy do młodego prawnika” Alana Dershowitza. Autor sporo pisze tam o autorytetach, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy my, młodzi prawnicy, w ogóle jeszcze je mamy. Nie ukrywam, że inspirują mnie adwokatki i radczynie prawne, które obserwuję w social mediach. Nie dlatego, że pokazują idealne życie. Raczej dlatego, że pokazują życie, w którym da się być i na sali sądowej, i na wakacjach. Da się robić rzeczy ważne, nie gubiąc po drodze siebie, rodziny ani urlopu. Nawet jeśli telefon od klienta trzeba czasem odebrać prosto z basenu.
To do mnie trafia. Nie jako instrukcja prowadzenia kancelarii i nie jako dowód na cokolwiek. Raczej jako sygnał, że autorytet zawodowy przestał być figurą z portretu na ścianie. Coraz częściej jest kimś, kogo widzimy w ruchu: w pracy, w zmęczeniu, w decyzjach, w sposobie mówienia do innych, w granicach, które stawia.
Mam jednak poczucie — subiektywne, jak zresztą cały ten wpis — że o klasyczny prawniczy autorytet jest dziś trudniej niż kiedyś. Nie tylko dlatego, że zmieniły się media. Zmienił się sam model pracy.
W jednej z książek o legal tech przeczytałam zdanie, które zostało mi w głowie: prawnikiem przyszłości nie będzie ten, kto ma za sobą najwięcej lat praktyki, lecz ten, kto potrafi używać narzędzi, by pracować szybciej i mądrzej. Brzmi efektownie, może nawet zbyt efektownie. Bo doświadczenie nadal ma znaczenie. Warsztat nadal ma znaczenie. Odpowiedzialność za słowo, ocenę ryzyka i decyzję nadal zostaje po stronie człowieka. Ale coś rzeczywiście się przesunęło.
Skoro AI potrafi w kilka sekund wygenerować zarys opinii prawnej, samo posiadanie wiedzy przestaje robić takie wrażenie jak dawniej. Nie wystarczy już imponować tym, że zna się przepis albo umie napisać pismo. To wciąż potrzebne, ale coraz mniej wystarcza do zbudowania autorytetu. Pytanie brzmi więc inaczej: czego dziś szukamy u bardziej doświadczonych prawników?
Może nie tylko warsztatu. Może także sposobu traktowania ludzi.
Tu, niestety, wciąż bywa krucho. Trudno uznać za autorytet kogoś, kto jest po prostu tyranem, nawet jeśli świetnie pisze apelacje i zna orzecznictwo z pamięci. Era opowieści o traumach wynoszonych z kancelarii wcale się nie skończyła. Ma się całkiem dobrze.
Sama zdecydowałam się na aplikację radcowską w dużej mierze po to, by ominąć tradycyjny model zajechanego aplikanta. Moje osobiste wspomnienia ze studiów, gdy pracowałam w kancelarii adwokackiej, są akurat bardzo dobre — jeśli Pani Mecenas, z którą wtedy współpracowałam, to czyta, serdecznie pozdrawiam. Tyle że równolegle patrzyłam na to, przez co przechodzili moi znajomi na aplikacjach. I ten widok skutecznie zniechęcił mnie do tej ścieżki na kilka lat.
Kiedy w końcu poszłam na aplikację i zaczęłam pracę w dziale prawnym, nasłuchałam się podobnych historii od innych. U wielu osób złe wspomnienia z dawnych miejsc pracy wciąż przykrywały te dobre. Zostawał po nich żal, nie wdzięczność. I tak — spotkaliśmy się ostatecznie poza kancelarią.
Kim jest więc dzisiejszy autorytet? Może kimś, kto potrafi zdjąć z siebie sztywną zbroję, nie tracąc przy tym zawodowej powagi. Kimś, kto rozumie, że wyjście do ludzi nie polega na wklejeniu przepisu pod zdjęciem kawy ani na opowiedzeniu kolejny raz, że „to zależy”. Polega na pokazaniu, jak naprawdę myśli, pracuje, odpoczywa, myli się, uczy i stawia granice.
Wiem, że w niektórych kręgach takie postawienie sprawy nadal uchodzi za mało poważne. Trudno. Najwyższy czas zrzucić ten ciężar. Bo to, że ktoś jest prawnikiem, już wiemy. Pytanie brzmi, kim jest poza tym.
A może jeszcze prościej: czy potrafi być prawnikiem, nie przestając być człowiekiem.
Agnieszka Bawolska (Trzaszczka)

No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.