Wyścig z upałem. Gdzie kończy się sport, a zaczyna odpowiedzialność?

Wyścig z upałem. Gdzie kończy się sport, a zaczyna odpowiedzialność?

W ostatni weekend Polska mierzyła się z falą upałów. Temperatury w wielu miejscach przekraczały 35 stopni, a Główny Inspektorat Weterynarii zaapelował do organizatorów wydarzeń plenerowych z udziałem zwierząt o szczególną ostrożność i rezygnację z tych imprez, które mogłyby narażać zwierzęta na cierpienie, utratę zdrowia albo życia. Taki apel nie jest zakazem. Nie tworzy nowego przepisu, nie zastępuje decyzji administracyjnej i sam przez się nie przesądza o odpowiedzialności organizatora. Nie znaczy to jednak, że można go potraktować jak niewygodną sugestię, którą odkłada się na bok, gdy koliduje z kalendarzem wydarzenia.

Jeżeli państwowy organ odpowiedzialny za zdrowie i dobrostan zwierząt publicznie mówi, że upał może być dla nich niebezpieczny, późniejsze tłumaczenie, że ryzyko było nieoczywiste, brzmi mało przekonująco. Taki komunikat ma znaczenie choćby przy ocenie należytej staranności. Pokazuje, że zagrożenie było nazwane, znane i możliwe do przewidzenia. Właśnie tu zaczyna się problem. Nie przy pytaniu, czy organizator formalnie złamał konkretny przepis. To oczywiście może mieć znaczenie, ale nie wyczerpuje tematu. Ważniejsze jest pytanie, jak organizator rozumie własną odpowiedzialność w sytuacji, w której zwierzę nie jest ani dekoracją wydarzenia, ani elementem programu, ani środkiem do wypracowania wyniku finansowego.

Zwierzę odczuwa ból, stres, zmęczenie i skutki przegrzania. W upale nie wystarczy więc powiedzieć, że wszystko odbywa się zgodnie z harmonogramem. Czasem właśnie harmonogram jest częścią problemu.

W ostatnich dniach takich sytuacji nie brakowało. Dyskusja dotyczyła wyścigów konnych, wydarzeń polo, przewozów konnych do Morskiego Oka i zawodów jeździeckich odbywających się w warunkach, które przynajmniej powinny wymuszać bardzo poważną ocenę ryzyka. W części przypadków wydarzenia albo ich elementy odwołano lub zmieniono. W części organizatorzy zapewniali, że reagują na bieżąco, współpracują ze służbami weterynaryjnymi i dostosowują program do warunków pogodowych. Tyle że to nie zamyka sprawy. Raczej pokazuje, jak późno uruchamiają się mechanizmy ochronne.

Jeżeli decyzja o rezygnacji z gonitw, meczów czy przewozów zapada dopiero po nacisku organizacji społecznych, powstaje niewygodne pytanie: kto w praktyce pilnuje granic dopuszczalnego ryzyka wobec zwierząt? Państwo? Organizatorzy? Lekarze weterynarii? Sponsorzy? Czy dopiero obywatele, którzy nagłaśniają sprawę, kontaktują się z instytucjami, składają zawiadomienia i przypominają, że dobrostan zwierząt nie może być pustym hasłem z regulaminu?

Nie jest to pierwszy taki spór. Niedawno podobne emocje wywołała organizacja imprezy Circoloco na terenie Pałacu w Wilanowie, w sąsiedztwie rezerwatu Morysin. Wtedy dyskusja dotyczyła wpływu wydarzenia na przyrodę, w tym na ptaki w okresie lęgowym. Można było mieć nadzieję, że po tamtej debacie organizatorzy wydarzeń plenerowych będą ostrożniejsi. Że ryzyko środowiskowe i dobrostan zwierząt przestaną być traktowane jak formalność, którą trzeba jakoś obsłużyć, a zaczną być realnym kryterium decyzji.

Ostatni weekend tej nadziei raczej nie wzmacnia. Ostrzeżenia wciąż zbyt często przegrywają z kalendarzem wydarzeń. Komunikaty instytucji publicznych zderzają się z logiką sprzedaży biletów, zobowiązań sponsorskich, prestiżu imprezy i kosztów odwołania. W tym zderzeniu zwierzęta nie mają własnego głosu. Ktoś musi zabrać go za nie.

Dlatego rola organizacji społecznych jest tak istotna. Nie dlatego, że mają zastępować państwo. Nie powinny. Ale dlatego, że bardzo często to one jako pierwsze reagują na sytuacje, w których formalna zgodność z procedurą przestaje wystarczać. To one przypominają, że odpowiedzialność nie zaczyna się dopiero wtedy, gdy zwierzę padnie, przewróci się, dozna urazu albo gdy po latach procesu zapadnie wyrok. Zaczyna się wcześniej — w chwili, w której zagrożenie można było przewidzieć i podjąć decyzję trudniejszą, mniej opłacalną, ale uczciwszą.

Prawo przewiduje odpowiedzialność za znęcanie się nad zwierzętami. Przewiduje także nawiązkę na cel związany z ochroną zwierząt. Problem w tym, że reakcja karna najczęściej przychodzi po fakcie. Po cierpieniu. Po dowodach, opiniach, przesłuchaniach i latach postępowania. W sprawach zwierząt sama sankcja nie wystarczy. Najważniejsze jest to, żeby do cierpienia w ogóle nie dopuścić.

Szczególnie źle wygląda sytuacja, w której z jednej strony państwowy organ apeluje o ostrożność i rezygnację z wydarzeń mogących zagrażać zwierzętom, a z drugiej wydarzenia z udziałem zwierząt odbywają się przy udziale silnych marek, sponsorów i instytucjonalnego otoczenia nadającego im pozór pełnej społecznej akceptacji. Obywatel widzi wtedy dwa komunikaty naraz. Jeden mówi: upał jest zagrożeniem. Drugi: wydarzenie trwa, program został dostosowany, wszystko jest pod kontrolą.

Nie da się długo udawać, że te komunikaty do siebie pasują.

Jeżeli dobrostan zwierząt ma być czymś więcej niż słowem z oświadczeń, musi czasem oznaczać decyzję kosztowną, niewygodną i niepopularną. Odwołanie wydarzenia. Zmianę programu. Rezygnację z atrakcji, zanim stanie się coś nieodwracalnego.

Inaczej realne granice krzywdzenia zwierząt nadal będą wyznaczane dopiero przez presję społeczną. A to znaczy, że państwo pojawia się za późno — dopiero wtedy, gdy ktoś inny wykonał już za nie pracę.

 

Gabriela Mamica

 

kontakt z autorką:

 

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.