Dlaczego mnie to interesuje

Podczas Zgromadzenia Krakowskiej Izby Adwokackiej miała paść wypowiedź, że otwarcie dostępu do zawodu, potocznie nazywane Lex Gosiewski, „zaśmieciło” adwokaturę. Choć w pierwszym odruchu można uznać, że chodzi jedynie o ocenę dawnych zmian ustawowych, sprawa dotyka czegoś znacznie szerszego: sposobu mówienia o tych adwokatkach i adwokatach, którzy weszli do zawodu po zmianie zasad dostępu do profesji. Dlaczego mnie, warszawską adwokatkę, miałyby obchodzić słowa, które miały paść na Zgromadzeniu Krakowskiej Izby Adwokackiej, skoro sama nie jestem z tej izby? Odpowiedź jest dość prosta: właśnie dlatego, że nie chodzi wyłącznie o Kraków.

Nie znam wszystkich lokalnych sporów i nie wiem, kto z kim jest tam od lat skonfliktowany, kto komu czego nie wybaczył i które wypowiedzi mają swoje drugie albo trzecie dno. Nie śledzę życia izbowego w Krakowie na tyle uważnie, żeby udawać, że rozumiem cały kontekst. Nie mam też potrzeby dopisywać się do cudzej awantury. Jeśli jednak w ramach zgromadzenia izby adwokackiej rzeczywiście padają słowa, że otwarcie dostępu do zawodu „zaśmieciło” adwokaturę, to przestaje być wyłącznie lokalnym sporem. To staje się pytaniem o język, jakim adwokatura mówi sama o sobie.

Można mieć bardzo różne zdanie o sposobie, w jaki państwo otwierało dostęp do zawodów prawniczych. Można uważać, że zrobiono to źle, za szybko, bez właściwego przygotowania systemu aplikacji. Bez namysłu nad tym, jak zmieni się rynek, samorząd i sposób wykonywania zawodu. To wszystko są tematy do poważnej rozmowy. Czym innym jest jednak krytyka ustawodawcy, a czym innym mówienie o ludziach tak, jakby byli zanieczyszczeniem środowiska. Bo za tym skrótem kryją się konkretne osoby. Adwokatki i adwokaci, którzy wykonują zawód, prowadzą sprawy, odpowiadają przed klientami, sądami i rzecznikiem dyscyplinarnym. Płacą składki, uczestniczą w tym samym samorządzie i z pewnością nie są przypisem do ustawy. Są częścią adwokatury.

Z tej przyczyny takie słowa nie są tylko niefortunną figurą retoryczną. Adwokatura, ze wszech miar słusznie, bardzo często mówi o godności zawodu. Wątpliwe jednak, aby polegała ona jedynie na odwoływaniu się do tradycji, historii i pięknych formuł. Godność sprawdza się dużo prościej: w tym, jak mówimy o innych, zwłaszcza wtedy, gdy uważamy, że jesteśmy od nich lepsi.

Nie trzeba być członkiem danej izby, żeby zapytać, czy taki język jest akceptowalny. Samorząd zawodowy nie jest prywatnym klubem, w którym wszystko, co powiedziano za zamkniętymi drzwiami, zostaje wewnętrzną anegdotą. Izba jest częścią większej wspólnoty zawodowej, a słowa wypowiadane w jej ramach mają znaczenie szersze niż lokalny protokół zgromadzenia.

Interesuje mnie granica. I to ta dość podstawowa: między krytyką zmian ustawowych a pogardą wobec ludzi, którzy weszli do zawodu określoną drogą. Między rozmową o jakości wykonywania zawodu a opowieścią o tym, że jedni są „prawdziwsi” od drugich. Jest to pokusa, która w środowiskach zawodowych wraca regularnie. Ktoś był wcześniej, ktoś później. Ten przeszedł „właściwą” drogę, tamten inną. Jeden znał odpowiednich ludzi, drugi nie. Są ci uznani za „naszych” i ci, którzy przez lata muszą udowadniać, że mają prawo siedzieć przy tym samym stole.

Tyle że adwokatem nie jest się z rodowodu. Nie jest się nim dlatego, że ktoś starszy stażem łaskawie dopuści nas do wspólnoty. Nie jest się nim przez środowiskową genealogiczną czystość. Jest się nim dlatego, że spełnia się warunki wykonywania zawodu i bierze za ten zawód odpowiedzialność.

Możemy rozmawiać o jakości aplikacji, egzaminach, patronacie. O rynku usług prawnych i o tym, czy samorząd dobrze przygotowuje młodych prawników do zawodu. O tym, czy potrafi egzekwować standardy etyczne. O tym, dlaczego prestiż zawodu słabnie i czy rzeczywiście winni są temu wyłącznie ci, którzy przyszli później.

Rozmawiajmy jednak właśnie o tym. Nie zastępujmy diagnozy etykietą. Nie udawajmy, że słowo pogardliwe staje się mniej pogardliwe, jeśli wypowiada się je w trosce o zawód i o przyszłość.

Łatwo powiedzieć, że kiedyś było lepiej, a potem przyszli „oni” i wszystko zepsuli. Taka perspektywa pozwala ustawić się po właściwej stronie historii i, co najważniejsze, zwalnia z trudniejszych pytań: o własne zaniechania, o jakość samorządu, kulturę wewnętrzną, sposób traktowania młodszych, nowych albo po prostu mniej osadzonych środowiskowo adwokatów. Dlatego mnie to interesuje – nie jako sprawa krakowska, lokalny konflikt albo personalna rozgrywka.

Interesuje mnie pytanie o to, czy adwokatura potrafi mówić o sobie uczciwie — bez dzielenia własnych członków na tych z lepszego i gorszego naboru. Żeby nie powiedzieć: sortu. Jeśli nie potrafi, to problem nie leży w ustawie sprzed lat, lecz znacznie bliżej.

 

Joanna Parafianowicz

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.