snapchat
menu
Szukaj

Godność, adw. Krzysztof Piesiewicz [Magazyn Pokój Adwokacki]

Zrzut ekranu 2016-08-26 14.31.05

Wydaje się, iż zawsze warto pytać autora wszelkich rozważań na pograniczu teorii i praktyki dotyczącej prawa dlaczego za to się zabiera? Jakie istnieją przyczyny, iż warto drążyć opisane judykaturą i piśmiennictwem prawniczym zagadnienie dotyczące godności człowieka? Autor uważa,  że są takie momenty, takie znaki związane z egzystencją ludzi tu i teraz, które skłaniają lub wręcz natrętnie formułują pytania o istotę, ważność, konieczność przypominania czym jest godność człowieka jako punkt wyjścia do stanowienia i stosowania prawa.

Ale jest coś więcej, jeżeli zabiera się za to adwokat.  To temat – podwójnie ważny.

Gdyby bowiem poskrobać tak dobrze, to u podstaw naszego zawodu jest właśnie pojęcie godności. To godność człowieka powoduje, że możemy funkcjonować jako ci nieznośni pośrednicy między władzą a obywatelem. Z godności wyprowadza się pojęcie równości, a czy bez pojęcia równości my, jako „nieznośni pośrednicy” bylibyśmy w ogóle potrzebni? W latach 80-tych XX wieku pewien znany publicysta napisał takie zdanie: „Jakikolwiek zamach na adwokaturę i jej istotę powoduje to, iż mamy prawo zadać pytanie, czy za rogiem nie czai się czarna sotnia”. Otóż jakikolwiek zamach na godność człowieka jest również osłabieniem naszej pozycji w procesie stosowania prawa.

Jest coś, co powoduje w związku z tym, iż warto zająć się tym pojęciem i zapytać: czy przypadkiem nie jesteśmy świadkami procesu redefinicji wielu pojęć, a co za tym idzie również dóbr będących przedmiotem ochrony prawnej, w tym pojęcia podstawowego jakim jest godność człowieka?

Wynika to w dużej części z tego, co Antonio Gramsci nazywa kryzysem. Pisał on, że „kryzys polega na tym, że to, co stare umiera, a to, co nowe, nie może się jeszcze narodzić”. Ten cytat przytacza Zygmunt Baumann w rozdziale zatytułowanym „Interregnum” w książce „44 listy ze świata płynnej nowoczesności”. Jak pisze Z. Baumann, w okresie interregnum stare generacje doświadczały wstrząsów w ciągłości rządów istniejącego porządku prawnego i społecznego. Można by powiedzieć, za konstatacją Keitha Testera, że współczesna kondycja świata przypomina ten właśnie okres przejściowy. Jak słusznie zauważa Baumann, przejawia to się w tym, iż ten stary porządek, który oparty był na ścisłym związku jedności terytorium, państwa i narodu oraz władzy przypisanej, jak sądzono, na zawsze instytucjom politycznym poszczególnych państw – narodów, na naszych oczach zanika. Uderza w to co traktowano jako constans, w zasadę suwerenności. Jak widzimy, suwerenność nie jest już związana w sposób bezwzględny z żadnym elementem triady: terytorium – państwo – naród. Jest rzeczą oczywistą, iż pełna suwerenność już nie istnieje. Jak zauważa Zygmunt Baumann, opisując tzw. świat płynnej ponowoczesności – zauważa to za K. Testerem i J. Greyem – suwerenność jest dzisiaj niedookreślona, kontestowana, efemeryczna i pozbawiona silnego punktu zaczepienia, dlatego też wydaje się, iż na naszych oczach zmienia się prawie wszystko. Żaden ośrodek podejmowania decyzji nie może sobie dzisiaj przypisywać nieograniczonej suwerenności i dlatego nasza planeta znajduje się zapewne również w pewnym stadium podważania systemu aksjologicznego. Istniejące ośrodki polityczne sprzed tzw. „płynnej ponowoczesności” i oparte na normatywnych podstawach sprzed tego okresu nie są gotowe i nie dają sobie rady 
z podjęciem wyzwań współczesnego świata, nie mają narzędzi, aby okiełznać dziejące się obok nich procesy polityczne, społeczne, aksjologiczne. To inne siły o uniwersalnym zasięgu zaczynają podkopywać ich realne możliwości działania. Są to: rynki towarowe, informacja i jej przepływ poza jakąkolwiek kontrolą, kapitał i finanse, działalność zorganizowanej przestępczości, w tym przemyt broni i narkotyków, terroryzm. Tworzące się globalne nici porozumienia ideowego lub powiązań wynikających ze wspólnoty interesów przez zastosowanie nowych technologii – wszystko to tworzy również pewien chaos wywołujący dezorientację w stosunku do punktów odniesienia ukształtowanych uprzednio przez kulturowe procesy. Ten brak politycznych centrów decyzyjnych, mających swój autorytet i egzekucję oraz atrofia pojęcia suwerenności tworzy paradoks polegający na tym, iż wzmacniane są partykularne interesy grupowe. Różnego rodzaju protekcjonizmy wynikające z lęków. Stwarza to sytuację, w której prakseologia bierze górę nad ontologią i aksjologią.

Zważyć również należy, iż systemy religijne posiadające w swej istocie element transcendentny coraz silniej budują konflikt niż bliskość. Ten inny – „ten inny”– zaczyna być znowu silnym bodźcem do kształtowania postaw, w tym być może tych mających wpływ na kształtowanie norm prawnych. Załamuje się na naszych oczach to, co w XIX wieku pisał John Stuart Mill:„ istotą religii jest silne i szczere zwrócenie emocji i pragnień ku obiektowi idealnemu uznanemu za najbardziej doskonały i prawowicie wywyższony ponad wszystkie obiekty pragnień”. Religie w coraz większym stopniu stają się narzędziem realizacji interesów hermetycznych wspólnot i zaczynają bardziej dzielić niż łączyć. Dlatego też systemy religijne, które mogłyby niwelować lęki i tworzyć kod aksjologiczny, który zbliżałby ludzi, wywołują strach i zdarzenia o nieprzewidywalnych skutkach. Warto być może choć na moment sięgnąć do stwierdzeń umysłu tak precyzyjnego jak Albert Einstein – człowieka, który dobrze wiedział, że w końcu wszystko zostanie pogrzebane pod gruzami zrujnowanego wszechświata. On jednak nie używał swojej empirycznej wiedzy do stymulowania zachowań skrajnie hedonistycznych i tego, co gdzieniegdzie dzisiaj nazywa się „zabawić się na śmierć”. Nie w tym rzecz, aby przypisywać Einsteinowi, iż źródłem ludzkich zachować moralnych jest jakiś bóg. Tam, gdzie Einstein pisze, iż „Bóg nie gra w kości ze wszechświatem” lub „Bóg jest tajemniczy, ale nie złośliwy”, to po prostu uwagi, które wskazują, iż jest coś transcendentnego, co niekoniecznie przez ludzi musi być od razu nazywane Bogiem. Wydaje się, że i Einstein, i Mill, tak silnie osadzeni w gruncie oświeceniowym, mieli na myśli swego rodzaju opowieść, mit lub, jak nazywa to Neil Postman swego rodzaju sui generis religię ludzkości. Einstein mówił wielokrotnie o uczuciach wykraczających poza codzienność, praktycyzm i skuteczność, pisał o odczuciach kosmicznych, którym przypisywał specyficzną religijność. Wydaje się, iż tego rodzaju myślenie musi powrócić, aby punktem wyjścia rozumienia czym jest prawo pozostało pojęcie godności człowieka. Warto o tym przypominać, ponieważ we współczesnym chaosie, ta jakże potrzebna tego rodzaju religijność coraz bardziej ulega atrofii poprzez multipleksujące się lęki grup i poszczególnych jednostek. Informacja, która miała poszerzać horyzonty staje się w swej istocie siłą bodźców, które nie pogłębiają wiedzy o świecie, a służą celom behawioralnym. Więcej, informacja stała się towarem, a co za tym idzie – jest tak samo traktowana ze wszystkimi konsekwencjami wynikającymi z mechanizmu kupna – sprzedaży, a w konsekwencji, w końcowym efekcie kwantyfikatorem tego rodzaju zjawiska jest zysk.

Niezwykle charakterystycznym zjawiskiem, naznaczającym przełom XX i XXI wieku, jest – jak zauważa Neil Postman – przejście od państw technokratycznych, które oparte były o szeroko pojęty system liberalnej demokracji do świata technopolu, znakomicie lokującego się w tym, co Zygmunt Baumann nazywa płynną ponowoczesnością. Technopol – pojęcie wprowadzone przez Neila Postmana – to podporządkowanie wszelkich form życia kulturowego panowaniu techniki i technologii. Neil Postman w sposób dobitny twierdzi, iż technopol to totalitarna technokracja. Technopol wg autora tego pojęcia redefiniuje to co nazywamy religią, sztuką, rodziną, polityką, historią, prawdą, prywatnością, inteligencją w taki sposób, iż nasze nowe definicje pasują do jego nowych wymagań. To on wydaje polecenia i rozkazy współczesnej kulturze. Dlatego też w swoich pracach Postman mówi, iż technopol to pewien stan kultury, to również pewien stan umysłu. Polega on na deifikacji techniki, a prowadzi do tego, iż kultura poszukuje sankcji w technice i w związku z tym Postman nawiązuje do tezy Baumanna o interregnum mówiąc, iż tego rodzaju sytuacja kształtowana przez technopol ”wymaga nowego typu porządku społecznego, a to z kolei prowadzi do szybkiego rozpadu prawie wszystkiego, co wiąże się z tradycyjnymi przekonaniami”. Jednocześnie Postman pisze, iż „technopol rozkwita zwłaszcza wtedy, kiedy załamują się bariery antyinformacyjne”. W technopolu zaczyna kształtować się wiara przyjmująca niekiedy formę dogmatu, że informacja „jest niekwestionowanym błogosławieństwem, a jej niekontrolowane wytwarzanie oraz rozpowszechnianie oferuje większą wolność, możliwości twórcze i spokój umysłu.” Tam, gdzie Postman pisze o braku kontroli nie ma na myśli jakiejkolwiek cenzury lub ograniczenia prawa do swobodnej wypowiedzi. Idzie o to, iż ilość napływających informacji w miejscu i czasie oraz ilość podmiotów tę informację tworzących, nie niesie za sobą żadnej szlachetnej wartości poznawczej. Powstaje raczej to, co nazywa się dysonansem poznawczym. Czysta informacja jest mieszana z komentarzem lub z tego rodzaju ujęciem jej w formę, aby wywoływać określone preferencje, zachowania lub nakierowywać postawy pożądane przez niezliczoną ilość informujących.

Inny problem w kontekście tych rozważań to łamanie lub bardzo daleko posunięte próby eliminowania tego, co się nazywa prawem do prywatności. Interesującą jest uwaga wypowiedziana prze Milana Kunderę w roku 1986. Kundera w swej twórczej przenikliwości pisze zdania wręcz profetyczne: „W dyskursie politycznym i dziennikarskim słowo przezroczystość oznacza: odsłonięcie przed spojrzeniem publicznym. Przywodzi ona na myśl Andre Bretona i jego marzenia o życiu w szklanym domu na oczach wszystkich. Szklany dom – odwieczna utopia i zarazem jedna z najstraszniejszych postaci życia współczesnego. Reguła, że im bardziej tajne są sprawy państwowe, tym bardziej przezroczyste muszą stać się sprawy jednostki (…) Domena publiczna jest anonimowa (…) podczas gdy człowiek prywatny musi ujawnić stan swojego zdrowia, finansów, sytuację rodzinną, a jeśli taki będzie wyrok mass mediów, nie zazna chwili intymnej, czy to w miłości, w chorobie, czy w śmierci (…) Chęć pogwałcenia czyjejś intymności jest od niepamiętnych czasów formą agresji, która została dzisiaj zinstytucjonalizowana, moralnie usprawiedliwiona (prawo do informacji stało się pierwszym z praw człowieka) i upolityczniona przez to piękne słowo przezroczystość – transparentność…”. Zacytowałem ten fragment, pisany blisko 30 lat temu, ponieważ to, o czym pisze Milan Kundera uległo zwielokrotnieniu. Więcej – wyzwoliło u jednostek agresję, przejawiającą się wręcz swego rodzaju podglądactwem służącym do podmiotowego degradowania innych lub jest używane do zaintrygowania jednych drugimi, co służy również gigantycznej manipulacji, mającej oczywiście w tle motyw komercyjny.

Jest to o tyle istotne, że to Hannah Arendt jako pierwsza zauważyła w swoich znakomitych pracach, iż pierwsze symptomy totalitarnych pokus, bez względu na to, skąd one pochodzą, pojawiają się wtedy, kiedy jakakolwiek domena publiczna rości sobie prawo do wkraczania w domenę prywatną. A to jest, jak wydaje się, jeden z fundamentów narracji normatywnej, która powinna mieścić się w tym, co możemy nazwać świecką religią: akceptacją godności człowieka, a więc przeciwdziałanie tym totalitaryzmom, o których pisze Hannah Arendt i tym nowym, które są jeszcze nie do końca rozpoznawalne w płynnej ponowoczesności. Jest wysoce znamiennym, iż Arendt spotyka się 
w nowej rzeczywistości z Postmanem, w rzeczywistości nazywanej przez niego technopolem. Warto może jeszcze raz powrócić do wielkiej twórczej intuicji Kundery, który 30 lat temu pisze: „Istnieje sztuka nowoczesna, która w lirycznym uniesieniu utożsamia się ze światem nowoczesnym. Apollinaire egzaltował się techniką (…) po nim: Majakowski, Leger, futuryści (…) postronnie przeciwnej jest Kafka: świat nowoczesny jako labirynt, w którym człowiek się gubi (…) modernizm antyromantyczny, sceptyczny, krytyczny (…) obok Kafki Musil, Broch, Gombrowicz, Beckett, Ionesco, Fellini (…) jak zanurzamy się w przyszłość, spadek po modernizmie antynowoczesnym nabiera wielkości…”.  Co by dzisiaj napisał przenikliwy Milan Kundera w tym świecie, który Baumann nazywa płynną ponowoczesnością, gdzie coraz mniej punktów, na których można się oprzeć i mieć poczucie wspólnego wyznawania jakichś zasad, tworzących przynajmniej akceptację tego, co język prawny lub prawniczy nazywa dobrami niematerialnymi? Dobrami przypisanymi nie całym grupom lecz konkretnemu człowiekowi tu i teraz – bez względu na to kim jest, gdzie jest, skąd pochodzi, jakie ma marzenia, jakie tęsknoty.

Długi okres liberalnej demokracji i technokracji mógł egzystować, wydając niekiedy bardzo pozytywne owoce. Postmanowski technopol nawiązuje gdzieś do jednego z wielkich empiryków ostatniego stulecia, Nielsa Bohra: „Tak możecie to mieć (…) Możecie mieć to wszystko.” Można niekiedy odnieść wrażenie, iż współczesny technopol chce nas przekonać jak zbudować Niebo na ziemi. Warto może w tym miejscu przytoczyć słowa Galileusza: „Intencją Ducha Świętego jest nauczyć nas jak dostać się do Nieba, a nie jak działa Niebo.” Dlatego też tak ważne jest osadzenie w ziemskiej różnorodności świeckiej religii mówiącej o godności jako wartości transcendentnej.

Dotykając współczesnych problemów związanych z pewnym aksjologicznym zagubieniem, z redefinicją pewnych pojęć, warto przytoczyć dwa wystąpienia wybitnych postaci XX wieku. Jedną z nich był Edmund Husserl, który 7 maja 1935 r. w Wiedniu wygłosił odczyt pt. „Kryzys europejskiego społeczeństwa a filozofia”. Husserl m.in. przestrzegał: „Humaniści zaślepieni naturalizmem w ogóle zrezygnowali z problemu czystej i uniwersalnej humanistyki, nauki o istocie ducha jako takiego, która śledziłaby bezwarunkowo ogólne prawa i elementy duchowości w celu uzyskania wyjaśnień naukowych w sensie absolutnie definitywnym (…) Uchwycić temat duchowej Europy jako problem czysto humanistyczny (…) Przeczuwamy już, że będzie tu szło o rozjaśnienie najgłębszych źródeł fatalnego naturalizmu (…) ostatecznie na tej właśnie drodze powinniśmy odsłonić właściwy sens kryzysu europejskiego społeczeństwa (…) osobom, związkom tych osób należy przyznać wspólny łączący ich wszystkich charakter.” Jak zaznaczyłem, słowa te Husserl wypowiedział w 1935 r. w Wiedniu. Myślę, że w kontekście tego co stało się kilka lat później, był to krzyk wielkiego twórcy fenomenologii, wypowiedziany nieprzypadkowo w tym czasie i w tym miejscu. To był czas eliminowania kwantyfikatora wszelkiej legislacji, jakim jest godność człowieka. Jak pisze Leszek Kołakowski, rozważania Husserla charakteryzowało zawsze to, iż jego fenomenologia dotyczyła nie tego jakim świat jest, ale jakim powinien być. Inną wybitną postacią, która już rozpoznając to co tu i teraz na przełomie wieków przestrzegała nas przed zagubieniem albo zgubieniem „świeckiej religii” był Vaclaw Havel. Otóż w 1991 r. miał on wystąpienie przed Kongresem Stanów Zjednoczonych. Sformułował tam pojęcie nadużywane później przez różnych „sztukmistrzów” – kryzys narracji. Mówił on – jak myślę w formie przestrogi – następujące słowa: „Szukamy nowych naukowych recept, nowych ideologii, nowych systemów kontroli, nowych instytucji (…) szukamy nowych narracji, które dałyby elementarne poczucie sprawiedliwości, umiejętności postrzegania rzeczy tak, jak postrzegają je inni, poczucie transcendentnej odpowiedzialności, archetypicznej mądrości, dobrego smaku, odwagi, współczucia i wiary”. Havel dostrzega, iż w tej „globalnej wiosce”, w tym kształtującym się technopolu istnieją silne tendencje powrotu do „plemienności”. Havel podkreśla, iż ostateczne pokonanie dwóch XX-wiecznych totalitaryzmów – wypowiada to w 1991 r. – nie odpowiada nam na pytanie, czy naprawdę wiemy co mamy ulokować w to opróżnione miejsce. Havel nie jest pewien, czy trwającej idei liberalnej demokracji, będącej w mariażu z technokracją, da nam możliwość poczucia bezpieczeństwa, a więc wzywa również do sformułowania zasad niepodważalnych, fundamentalnych, bo wszystko staje się bardzo płynne.

Wydaje się, iż jeden element – gdy spojrzymy w sposób przenikliwy w cały XX wiek – był największym osiągnięciem człowieka. Nie to, co wiąże się z wykwitem nauk empirycznych, nie to, co wiąże się z gigantycznym postępem technologicznym było tym, co musi pozostać. Przyjęcie osiągnieć technologicznych jako wykwitu ludzkiego geniuszu w XX-wiecznej historii jako największego sukcesu pchałoby nas w to, co Postman nazywa nowym totalitaryzmem. Tym największym sukcesem było przyjęcie po 1945 r. przez dużą część ludzkości przynajmniej de nomine zasady, iż godność człowieka jest początkiem wszystkiego i końcem wszystkiego i że jest źródłem wszelkich praw i obowiązków. Jest dobrem najwyższym i ma charakter niezbywalny i przyrodzony.

Jakże interesującą jest próba odczytania tzw. jedenastego przykazania jako rozwinięcia dziecięciu. Otóż możemy przeczytać: „…miłuj Bliźniego swego jak siebie samego….”. Uprawnione jest chyba pytanie: to znaczy, że nie więcej? Nie więcej, to znaczy, że żaden stan uczuć nie usprawiedliwia tej skali poświęcenia, która zmusza do pozbawienia w jakimkolwiek zakresie przyrodzonej i niezbywalnej godności. Czy taka interpretacja jest słuszna? Zapewne jest uprawniona, bo gdzieś dalej być może pojawia się problem poświęcenia, ale chyba tylko wtedy, aby ratować godność co do istoty.

Wobec zagrożeń jakie istnieją, intrygujące wydaje się pojęcie, które może być istotą współczesnej „świeckiej religii” lub to, co Mill nazywał „Religią Ludzkości”. To osiągnięcie zaistniało po latach czegoś, co trudno nazwać i określić słowami, po wielkim ludobójstwie nazwanym „ostatecznym rozwiązaniem”. Pojęcie ostatecznego rozwiązania zawiera w sobie bardzo dobrze brzmiące słowa w kategoriach prakseologicznych. Uciekało ono od jakiejkolwiek aksjologii. Można chyba nawiązując do eseistyki Thomasa Mertona  dostrzec, iż współczesny technopol bliższy jest temu wszystkiemu, co wiąże się z mitem i myśleniem prometejskim. Jednak dziś jakże ważne są te wszystkie przenikliwe spostrzeżenia Alberta Camusa dotyczące mitu Syzyfa. Pytanie tylko z którego miejsca mamy dźwigać „ten kamień”? Czy mamy wystarczającą ilość instrumentów? Czy mamy wystarczającą ilość sił? Trudno znaleźć odpowiedzi na te pytania w tej „płynnej ponowoczesności”. Trzeba jednak przypominać, iż ten początek wszystkiego, jakim jest zaakceptowanie godności człowieka jako punktu wyjścia do konstruowania wszelkich praw i wolności, jest również początkiem i końcem przyczyn, dla których powołany został ten „nieznośny pośrednik”, jakim jest adwokat, a jednocześnie jakże to piękne i szlachetne wyzwania dla naszego zawodu.

Inny punkt widzenia jest powrotem do skrajnego pozytywizmu prawniczego. Warto może przypomnieć słowa Leszka Kołakowskiego, iż „jeżeli 51% chce zlikwidować 49%, to on jest antydemokratą…”.

Zawsze bowiem musimy mieć w pamięci te pojawiające się skłonności człowieka do tego, co Fromm nazwał w sposób przejmujący „ucieczką od wolności”.

 

 

 

 

 

 

komentarze