snapchat
menu
Szukaj

Rozważania o języku prawniczym, dr hab. Teresa Gardocka [Magazyn Pokój Adwokacki]

bio-teresa-gardockaO języku  prawniczym można mówić w różnym sensie. Po pierwsze, o języku ustaw, zwanym niekiedy językiem prawnym. Po drugie, o języku, jakim posługują się prawnicy w zawodowym dyskursie, używając   nazw i zwrotów nie występujących w przepisach prawnych i tylko częściowo zrozumiałych dla postronnych, czasem też poprawianych przez nich jako niezgodne z przyjętymi wzorcami języka potocznego.  Redaktorzy np. często poprawiają zwrot „przywrócenie stanu poprzedniego” na „przywrócenie do stanu poprzedniego”, bo to drugie wydaje się im poprawne językowo. Po trzecie, istnieje język odnoszący się do prawa, używany przez tych, którzy  na własnej skórze odczuwają jego działanie, swoisty slang świata przestępczego, gdzie istnieje „pudło w zawiasach”, „czapa”, i podobnie barwne określenia. To trzecie wymieniam, żeby uświadomić, że ten slang również dotyczy prawa.

Język ustaw to domena legislatorów. Prawnicy są przekonani, że musi spełniać bardzo wysokie wymagania co do precyzji, ale z drugiej strony wielu  prawników od lat żyje z tego, że język ustaw precyzyjny nie jest. Na studiach prawniczych uczymy, że pierwsza zasada wykładni brzmi: to samo znaczy to samo, a co innego – co innego. A w życiu wiemy, że to w zasadzie nieprawda.

Ustawa używa słów „powinien” (np. art. 55 par. 2 k.p.k.), co znaczy „musi”, bo brak pod aktem oskarżenia odpowiedniego podpisu stanowi brak formalny i skutkuje zwrotem aktu oskarżenia do uzupełnienia. W art. 72 k.p.k. użyte  zostało słowo „należy”, co również oznacza, że organ musi wezwać tłumacza, gdy osoba nie włada językiem polskim. W art. 80 użyto słowa „musi” i to naprawdę oznacza, że musi,  pod rygorem uchylenia  wyroku z przyczyny braku obrońcy w toku postępowania. W art. 112 k.p.k. jest słowo „sędzia (…) może”, które jednak oznacza, że sędzia musi, bo jak wyobrazić sobie, że sędzia, który głosował za uniewinnieniem oskarżonego, będzie następnie głosował za wymierzeniem mu jakiejkolwiek kary. W ustawie karnej procesowej występują dwa różne słowa – wniosek i żądanie -, które w języku potocznym oznaczają zupełnie co innego. Wniosek oznacza, że ktoś powinien się do złożonego wniosku  ustosunkować, rozpoznać i wydać odpowiednią decyzję, niekoniecznie po myśli wnioskodawcy. Żądanie, zgłoszone przez uprawnionego, musi zostać uwzględnione, bez oceniania racji żądającego.

Otóż, czytając ustawę, np. Kodeks postępowania karnego widzimy, że wcale tak nie jest. Złożenie wniosku o ściganie przestępstwa ściganego na wniosek, jest żądaniem, bo wiąże organ bez badania merytorycznych racji pokrzywdzonego, co wynika wprost z art. 12 k.p.k. i odpowiednich przepisów części szczególnej kodeksu karnego, ale są też przepisy, gdzie słowo „żądanie” oznacza wniosek, któremu można odmówić i to na podstawie bardzo ogólnie sformułowanych kryteriów (tak np. przy żądaniu dopuszczenia do czynności śledztwa w art. 315 lub  w art. 317). Przyczyny takiego stanu rzeczy należy szukać w zaszłościach historycznych, pewne przepisy przepisuje się z kodeksu do następnego kodeksu, ale też w braku założeń wstępnych przy konstruowaniu ustawy, które powinny z góry przypisać odpowiednie słowa do różnych sytuacji, by później nie było kłopotów  z interpretacją przepisów. Ustawa z pewnością byłaby wówczas  jaśniejsza, ale też straciłaby pewien historyczny smaczek. Nie można by już zadawać studentom zadania – czy, a jeżeli tak, to w jakim zakresie sformułowanie „aż do stopnia pomiędzy dziećmi rodzeństwa”, użyte w art. 40 k.p.k. różni się od pojęcia „osoba najbliższa” zdefiniowanego w art. 115 par. 11 k.k. ? Oczywiście, „aż do stopnia pomiędzy dziećmi rodzeństwa” przepisano z k.p.k. z 1928 roku, kiedy nie było jeszcze ustawowej definicji osoby najbliższej.

Zresztą definicja osoby najbliższej w swej końcowej części (oraz osoba pozostająca we wspólnym pożyciu) właśnie przechodzi historyczną ewolucję. Po latach twierdzenia na podstawie analizy językowej właśnie, że wspólne pożycie oznacza nieformalne małżeństwo (możliwe wedle Konstytucji tylko między osobami różnej płci), Sąd Najwyższy w tym roku zmienił pogląd i stwierdził, że zwrot ten oznacza również pożycie osób płci tej samej. Zapewne słusznie. Wprawdzie  słowo „pożycie” oznacza niewątpliwie coś innego niż wspólne życie, mówimy przecież o „życiu rodzinnym” ale o „pożyciu małżeńskim”, jednakże ostatnie lata ujawniły wcale nie odosobnione zjawisko nie wspólnego życia, a właśnie wspólnego pożycia osób tej samej płci, zatem i rozumienie zwrotu ustawowego uległo zmianie. Jednocześnie pojęcie wspólnego pożycia użyte zostało w ustawie o leczeniu niepłodności z 2015 roku w odniesieniu do możliwości skorzystania z procedury zapłodnienia wspomaganego (in vitro), więc wykładnia, przyjęta przez Sąd Najwyższy na tle przypadku prawa do odmowy złożenia zeznania w procesie, ma i w tej ustawie zastosowanie. I mamy kłopot, który, zdaje się, prawodawca zamierza rozwiązać przez zmianę definicji ustawowej  osoby najbliższej, usuwając z niej „osobę pozostającą we wspólnym pożyciu”. Bez takiej zmiany definicji, przy przyjęciu, że to samo znaczy to samo, nie można by  prawnie odmówić prawa do procedury in vitro pozostającej we wspólnym pożyciu parze osób tej samej płci.

Wymaganie bezwzględnej określoności przepisów wydaje się mieć największe znaczenie w prawie karnym, w związku z gwarancjami praw oskarżonego, chociaż w innych dziedzinach prawa również jest ważne. Kodeks karny nie jest w tym względzie bez wad, dlatego Sąd Najwyższy tak często zajmuje się wykładaniem, czy to samo to to samo czy co innego i zdarza się, że uznanie, jak jest,  ma kapitalne znaczenie dla odpowiedzialności karnej. W ostatnich latach dotyczyło to przestępstwa rozboju (280 k.k.) i art. 130 kodeksu wykroczeń. Odpowiedź  na pytanie, czy „przemoc wobec osoby” i „gwałt na osobie” to to samo czy co innego absorbowała Sąd Najwyższy kilka razy, i wreszcie zdecydowano, że to to samo, wbrew brzmieniu. Przesądziła wykładnia historyczna, i wcale nie jestem przekonana, że słusznie. Przy takiej wykładni sprawca zaboru 5 złotych z użyciem przymusu wobec osoby, np. przytrzymaniu za szalik podlega karze kryminalnej  od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia (rozbój mniejszej  wagi – art. 283 k.k.), przy odmiennej – maksymalnej karze za wykroczenie, czyli 30 dni aresztu.

Mniejszy jest kłopot z przepisami o ugruntowanym już bycie w ustawie. Gorzej z pisaniem przepisów, które mają ująć w znamiona nowe zjawisko, które według ustawodawcy powinno zostać odrębnie spenalizowane . Obecnie w kodeksie karnym dobry przykład takiego nowego opisu stanowi art. 224a, zawierający następującą treść:   Kto wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, zawiadamia o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach lub stwarza  sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu takiego zagrożenia, czym wywołuje czynność instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą  na celu uchylenie zagrożenia, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Uff!!! Chodzi o coraz bardziej uciążliwe dla życia społecznego przypadki telefonów np. do sądu lub szkoły, że w budynku jest bomba, o której telefonujący wie, że jej nie ma. Pewnie można prościej, ale to musi potrwać.

Język przepisów karnych miewa też zabarwienie emocjonalne. Najłatwiejszym przykładem jest, że wraz ze zmianą dominującej opcji politycznej w przepisach prawa „płód” zmienia się w „dziecko poczęte”. Niby to samo, a przecież wrażenie czytającego jest inne.

Język, jako narzędzie prawnika na każdym etapie działania, wart jest szczegółowej analizy w różnych  gałęziach prawa, i wcale nie chodzi o przytaczanie dykteryjek typu „w rozumieniu niniejszej ustawy rak jest rybą”. Chodzi o kwestie znacznie poważniejsze.

dr hab. Teresa Gardocka – Dziekan prorektor ds. współpracy międzynarodowej w Uniwersytetu SWPS

 

Tekst opublikowany w Magazynie Pokój Adwokacki

komentarze