snapchat
menu
Szukaj

Moda na kampanię, adw. Marcin Surowiec

Nastała nam ostatnio moda na kampanie marketingowe. Po Katowicach, przyszła Łódź, później Warszawa i kraj zaczął być zalewany materiałami marketingowymi sławiącymi adwokatów. Odezwały się głosy aprobujące, krytycy, krytycy krytyków i eksperci, którzy wiedzą tym lepiej, im mniej byli w sprawę zaangażowani.

W związku z tym zacząłem się zastanawiać, co właściwie ma być reklamowane. I co oznacza „kampania wizerunkowa adwokatury”? Czy skoro adwokaturę tworzą adwokaci i aplikanci to należy promować jednych i drugich?

Truizmem jest stwierdzenie, że adwokatura nie jest jednolita. Nie ma punktów wspólnych pomiędzy adwokatem z dużej międzynarodowej kancelarii a teoretycznie takim samym adwokatem, który sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem samodzielnie zmagającym się z wymiarem sprawiedliwości (poza tytułem zawodowym i „urzędówkami”). Inne mają obowiązki, sposób pracy, obszary działania.

Da się zapewne zareklamować adwokaturę jako całość (od rozpoczęcia pisania tego tekstu natrętnie kołacze mi się w głowie obraz billboardu ze zdjęciem adwokata z wielkiej kancelarii, małego pokoiku i zakładu karnego z podpisem: „gdzie nie posadzisz, da sobie radę”), lecz czy to ma sens?

Kolejne pytanie – jaki ma być cel reklamy? W odróżnieniu od naszych kolegów z bratniego samorządu, my nie musimy uczyć ludzi, że istniejemy. Każdy wie, że istnieje zawód adwokata. Pewnie równie dużo osób wie, że adwokat występuje w sądzie. Nasze szczegółowe obowiązki, uprawnienia, możliwości działania – to kwestia wtórna.

Z tego powodu kampanie powielające, czy kopiujące rozwiązania marketingowe radców prawnych („dobry wybór w każdej sprawie, także w sprawach karnych”) u nas są marnotrawieniem czasu i pieniędzy. Z uwagi na zasięg Pokoju pozwolę sobie zadać pytanie – czy ktoś z Pań lub Panów adwokatów usłyszał kiedykolwiek pytanie – „czy może Pan/Pani chodzić do sądu?” nie „czy pójdzie Pan/Pani na moją sprawę?” lecz to pierwsze?

Idę o zakład, że nie. A znajomi radcowie wciąż to słyszą.

Powinniśmy się zatem skupiać nie na tym, że w ogóle jesteśmy (taki był chyba cel kampanii z Łodzi), lecz po co jesteśmy. Tak jak zrobiły to ORA w Katowicach i Warszawie. Powinniśmy się skupić na informowaniu, że korzystanie z naszych usług nie ma na celu budowania prestiżu, lecz jest opłacalnym, zaoszczędzającym czas, koszty i przynoszącym wymierne korzyści działaniem.

Wiele myślałem nad warszawską kampanią. Zszokowało mnie stwierdzenie, że plakaty „przynajmniej były tanie” (to w połączeniu z głoszoną w środowisku tezą, że za jakość naszych usług trzeba odpowiednio płacić. Nie rozumiem bowiem, dlaczego my nie powinniśmy także odpowiednio płacić za jakość innych usług, skoro twierdzimy, że jakość kosztuje.). Nie spodobało mi się – krytykowane także przez Pokój – porównanie do „doradców. Lecz do celności kampanii – całkiem przewrotnie – przekonał mnie wywiad zamieszczony na prawnik.pl z panem Dimą Słupczyńskim (nazwanym z nieznanych mi powodów „głową konstrukcji”), który tak zechciał ją ocenić: „Pozornie dowcipna i zaczepna reklama jednej grupy społecznej działa w ten sposób, że obraża inną, na dodatek nazywając ją „zwyczajnymi ludźmi” i dając im popularne imiona. Czyli tak naprawdę obraża wszystkich. Wywiera to druzgocący wpływ na postrzeganie adwokatów jako ludzi opryskliwych, niedostępnych, wywyższających się i dokuczającym innym.

Pan Słupczyński uznał to za wadę, zapewne dlatego, że jak stwierdził w wywiadzie: „nie zna rynku”.

Warto zatem wspomnieć, że nader często jesteśmy widziani właśnie tak, jak opisał to pan Słupczyński. A co więcej, że tego się od nas oczekuje. Wywyższania się, opryskliwości i zniszczenia tego drugiego. W dość powszechnej opinii wynajęcie adwokata ma spowodować totalną porażkę przeciwnika.

Utrwalanie tego, zdaje się być zatem dobrym pomysłem (choć może mimowolnym).

A zatem – świetna kampania Warszawo!

 

Adwokat Marcin Surowiec

1239468_640484965991927_1557352437_n

komentarze