snapchat
menu
Szukaj

Czego uczy ciągnik? asesor komorniczy Jakub Walczak

7 listopada 2014 r. Data jak każda inna, gdyby spytać o nią statystycznego Polaka, ten nie byłby w stanie przypisać do niej żadnego konkretnego wydarzenia. Prawdopodobnie wszędzie w kraju nad Wisłą ten dzień zapowiadał się na nieco senny, choć jak na listopad nader ciepły. Wszędzie poza podmławską wsią Kulany. Asesor komorniczy Michał Kubik z kancelarii Komornika Sądowego przy Sądzie Rejonowym dla Łodzi-Śródmieścia w Łodzi Jarosława Kluczkowskiego, zmierzając właśnie w tym dniu i do tej właśnie miejscowości celem czynności egzekucyjnej z gatunku standardowych, zapewne nie zdawał sobie sprawy z długofalowych konsekwencji tego działania.

Upłynęły blisko trzy lata. Korporacja komornicza wydaje się być gronem najsmutniejszych ludzi na świecie, choć po prawdzie, wcześniej też nie sprawiała wrażenie najbardziej usatysfakcjonowanej. Przygaszona, bez entuzjazmu, bez wiary we własną przyszłość, na ewentualne zmiany przygotowująca się jak Karol I Stuart na wykonanie wyroku. Nic dziwnego – „Afera ciągnikowa”, „Mławski ciągnik”, „Traktorgate”, czy jak jeszcze inaczej będziemy sobie określać tamten niesławny epizod, wywołała lawinę. Niespotykane dotąd zainteresowanie mediów, ujawniający się jeden po drugim pokrzywdzeni złego komornika, polityczna burza, zmiany i propozycje zmian ustawodawczych, a w tym wszystkim my – przedstawiciele zawodu, coraz bardziej niecierpliwie wypatrujący, kiedy to się wszystko skończy. Ukoronowaniem całej hucpy stały się projekty ustaw – o komornikach sądowych oraz o kosztach komorniczych, zmasakrowane przez wszystkie podmioty zaangażowane w etap konsultacji, robiące wrażenie zmierzających do zniszczenia zawodu i prawdopodobnie niebawem uchwalone. Całkiem jednak możliwe, że zanim do tego dojdzie, projekty czekają rządowe autopoprawki, czyniące niektóre postanowienia znacznie korzystniejszymi od pierwotnych. Czy można jednak w 100% wierzyć zapewnieniom wiceministra Jakiego i zdolnościom negocjatorskim wierchuszki Krajowej Rady Komorniczej?

Przypatruję się tej sprawie niemal od samego początku. Miałem to szczęście odbywać aplikację w mieście, w którym siedzibę miał były już komornik Kluczkowski i w czasie, kiedy zamieszanie wokół niej trwało w najlepsze. Relacje ludzi mających bezpośrednią styczność ze sprawą i własne obserwacje różnych doniesień dały mi możliwość wyciągnięcia wniosków. A te są druzgocące. Ta afera, jak również (a w zasadzie przede wszystkim) jej rozmiar, uwypukliła wszystkie nasze słabości, pokazała, jak wielu własnych problemów nie byliśmy świadomi i jak mało byliśmy zdolni przewidzieć. Okazała się ona być nauczycielem bardziej surowym i apodyktycznym od najbardziej surowego i apodyktycznego wykładowcy na aplikacji. Od tego, czy jego nauki sobie przyswoimy, zależy być może cały nasz przyszły byt.

Abyśmy się na wstępie dobrze zrozumieli: nie jest to tekst wpisujący się w panujący wśród komorników ze świecznika dziwny trend brania wszystkich na litość. Jako świeżo upieczony asesor jestem człowiekiem pełnym zapału, wiary w to, że jestem kowalem swego losu oraz – co sobie szczególnie cenię – intelektualnie niezależnym. Nie jest to też najbardziej fachowa diagnoza ani tym bardziej recepta na wszystkie dolegliwości. To credo chwili, potrzeba wyrzucenia z siebie pewnych refleksji przez człowieka, który przed kierownictwem samorządu zawodowego może się pochwalić jedynie stosunkowo świeżym spojrzeniem. Nie pozostaje mi nic innego niż zadać pytanie, które stanowić będzie punkt wyjścia dla dalszego wywodu – jakich lekcji udzieliły nam wydarzenia z Kulan?

JESTEŚMY CZĘŚCIĄ UKŁADU POLITYCZNEGO, CZY NAM SIĘ TO PODOBA, CZY NIE

Ewentualnie jesteśmy za takową uważani. Zanim dostanę cięgi za tę obrazoburczą zniewagę, warto sobie przypomnieć kontekst czasowy.

Przełom roku 2014 i 2015 trzeba określić jako wyjątkowo gorący. Skandale i oskarżenia o sprzyjanie koteriom, wyprzedaż majątku narodowego i rujnowanie polskiego państwa trawiły resztki sondażowej przewagi rządzącej Platformy Obywatelskiej nad opozycją. Czy były one zasadne, czy też okazały się zwykłym elementem walki politycznej, nie mnie rozstrzygać. Faktem jednak jest, że walczyć było o co, bowiem powoli przygotowywano się do dwóch wielkich kampanii wyborczych: prezydenckich i parlamentarnych. Każdy fakt można było wykorzystać przeciwko oponentowi.

W takich okolicznościach Polacy dowiedzieli się, co się zadziało nieszczęsnego dnia koło Mławy. Wydźwięk okazał się niezwykły, zwłaszcza jak na dotychczasowe doniesienia w sprawach domniemanych afer z udziałem komorników. Sytuacji kontrowersyjnych wcześniej bywało mnóstwo, a niektóre nawet pociągały za sobą konieczność zmian, nigdy jednak nawet największe z nich nie były przedmiotem tak wzmożonego zainteresowania mediów. Temat ten ciągnął się dzień w dzień przez dobrych kilka miesięcy, żeby później cyklicznie wracać jak bumerang.

W ślad za mediami sprawę podchwycili politycy z równie niespotykanym zainteresowaniem. Bezpośrednia bliskość wyborów uczyniła z naszej afery, jak również z naszego środowiska jeden z głównych wątków kampanii. Znaleźliśmy się na widelcu, głównie partii dotychczas opozycyjnych. Tematem był nie tylko sam ciągnik. Stała się nim również nasza skłonność do nadużyć, nasze zarobki, wszechwładza, z której posiadania chyba nikt w naszym środowisku nigdy nie zdawał sobie sprawy, konieczność ukrócenia złowrogich praktyk, cokolwiek miałoby się za tym pojęciem kryć. Tak było przed wyborami, tak jest i po wyborach. Niektórzy politycy zawdzięczają temu naprawdę dużo. Senator Lidia Staroń, która zawsze z komornikami miała na pieńku, przeżywała swoją drugą polityczną młodość jako zewnętrzny ekspert komisji mającej na celu opracowanie nowych ustaw komorniczych. Wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki na traktorze oparł połowę swojej kariery politycznej. Jeszcze rok temu na Twitterze wśród swoich osiągnięć Jaki wymieniał m.in. nową ustawę, która zapobiegła „aferom typu <<ciągnik>>”. Doprawdy trzeba ów akt uznać za wielkie osiągnięcie polskiej legislacji, skoro wywołał tak pozytywne następstwa, mimo iż nie został nawet uchwalony.

Krajowa Rada Komornicza w stosunku do asesora Kubika zadziałała szybko, wręcz błyskawicznie. Został on zawieszony niemal natychmiast, a w kwietniu 2015 r., czyli trzy miesiące później, wydalony ze służby. Wskutek odwołania Sąd Okręgowy w Łodzi zmienił mu karę z wydalenia na 8 tysięcy złotych. Jednocześnie zaczęło toczyć się postępowanie dyscyplinarne w stosunku do komornika Kluczkowskiego, które trwało, trwało i trwało niemal do dziś. 18 lipca 2017 r. na stronie internetowej KRK pojawił się komunikat, że Jarosław Kluczkowski został wydalony ze stanowiska komornika sądowego. Trzy lata to zdecydowanie zbyt długo. Sprawdzenie akt oraz innych ważnych dokumentów (jak choćby wniosków o wyznaczenie zastępcy) powinno było potrwać trzy miesiące, a nie trzy lata, a przecież sprawa ta miała być dla Rady priorytetowa.

Jeżeli chodzi o medialną strategię ustosunkowania się do sprawy przez KRK, to nie jestem z niej zbytnio zadowolony. Zabrakło w nim głosów zdecydowanych. Owszem, ustami pani rzecznik Moniki Janus Rada podkreślała, że ubolewa na sytuacją poszkodowanego rolnika, że nie powinno było do czegoś takiego dojść, że wymiar sprawiedliwości nie może działać w ten sposób, a sprawa zostanie dogłębnie wyjaśniona, ale to dalej jedynie okrągłe zdania. Nie padły żadne konkretne deklaracje, także personalne, a na pytania odnośnie do przyszłości komornika udzielano odpowiedzi, które brzmiały wręcz jak wymijające. Niejako podmiotowo Rada ograniczyła również wypowiedzi na temat sprawy z Kulan. Na ten temat udzielać publicznie mogli się jedynie komornicy „funkcyjni”. Ci, którzy nie pełnili funkcji samorządowych, nie mieli na ogół prawa głosu. Na ogół, bo zdanie większości było znacznie bardziej radykalne. Sytuacja wydawała się klarowna, doszło w zasadzie do złapania na gorącym uczynku, a kolejne doniesienia medialne o działalności komornika Kluczkowskiego tylko go pogrążały (i potwierdzały niektóre ze środowiskowych plotek, m.in. że bywa on w swojej kancelarii tylko gościnnie i nie do końca interesuje go modus operandi jego zastępców). Co bardziej nieusatysfakcjonowanych podejściem Rady skrzętnie uciszano; był przypadek komornika, który za dość ostentacyjne manifestowanie swojego braku poparcia dla praktyk Kluczkowskiego został dyscyplinarnie ukarany. Myślę jednak, że był to błąd. Czym innym jest bowiem jawny atak na kolegów po fachu, który jest ewidentnym naruszeniem zasad etyki zawodowej, a czym innym odżegnywanie się od stosowania nieetycznych praktyk. W tamtym momencie dopuszczenie do szerokiej, transparentnej, kontradyktoryjnej dyskusji także w samym środowisku było konieczne. Tak nakazywał rozsądek, ale i duch czasów.

Rozmydlone, ogólnikowe osądy, kneblowanie ust myślącym inaczej, brak zagwarantowania społeczeństwu, że winni nadużyć zostaną potraktowani sprawiedliwie oraz ciągnące się w nieskończoność postępowanie dyscyplinarne nadszarpnęły naszą już i tak nadszarpniętą reputację. Niestety, w ten sposób daliśmy społeczeństwu odczuć, że jesteśmy kliką, konformistyczną i korzystającą z cichych przyzwoleń władzy. Koincydencja czasowa sprawiła, że powiązano nas z upadającym rządem, a następny rząd nasz wątek mógł wykorzystać do nabicia sobie poparcia. Straciliśmy być może ostatnią szansę, by oderwać przyklejoną nam łatkę mafii, częściowo z własnej winy.

INFORMOWANIE OPINII PUBLICZNEJ LEŻY W INTERESIE WSZYSTKICH

Wspomniane wydarzenia stały się bezpośrednią przyczyną wielu zmian w zakresie informowania społeczeństwa o budzących wątpliwości postępowaniach egzekucyjnych. Na stronie internetowej Izby Komorniczej w Łodzi zaczęły pojawiać się sprostowania nieprawdziwych informacji, jakie zawierano w artykułach prasowych (celowała w tym red. Kolińska-Dąbrowska z „Gazety Wyborczej”, o której zwykło się mawiać, że co innego jej się mówi, a co innego pisze), również nowy Kodeks Etyki Komornika Sądowego zawiera (w przeciwieństwie do poprzedniego) dyspensę od zawartej w art. 20 u.k.s.e. tajemnicy służbowej. Nowy przepis § 8 ust. 2 stanowi:

„Komornik, którego czynności służbowe budzą zainteresowanie mediów, może udzielić informacji w niezbędnym zakresie, z poszanowaniem obowiązku przestrzegania tajemnicy zawodowej, bacząc by jego wypowiedzi nie godziły w dobro samorządu komorniczego. Komornik zobowiązany jest zwrócić się do właściwych organów samorządu, celem uzyskania należytego wsparcia co do zakresu i formy udzielania informacji”.

Novum okazało się również wprowadzenie do u.k.s.e. instytucji rzecznika dyscyplinarnego jako oskarżyciela w procesach dyscyplinarnych. Aby jednak do tego doszło, musiała stać się tragedia. Spróbuję więc, w oparciu o nabyte informacje i bez zbędnych szczegółów dramaturgicznych, przypomnieć przebieg zdarzeń z 7 listopada A.D. 2014.

Asesor Kubik był w pełni świadomym tego, po co zapuszcza się aż pod Mławę. W drodze zapytania do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców ustalił, że dłużnik jest właścicielem traktora. Kubik wyposażony w tę wiedzę oraz w lawetę do pomocy przy odbieraniu dozoru udał się na miejsce czynności w wiadomym celu. Gdy przybył, okazało się, że na ciągnik znajduje się nie pod numerem 42, gdzie zamieszkiwał dłużnik, lecz pod numerem 42A, gdzie zamieszkiwał jego sąsiad. Nie pozostało mu nic innego, niż udanie się tam. Sąsiad zagajony o ciągnik odparł, że traktor jest jego własnością, okazał fakturę kupna od dłużnika, a także dowód rejestracyjny. Mimo jego protestów i awantury (w wyniku której wezwana została asysta Policji) asesor przystąpił jednak do zajęcia.

Tutaj się zatrzymam, celem lektury art. 845 § 2 kpc, który reguluje przesłanki zajęcia ruchomości (pominę zdanie trzecie, bo jest ono w tym kontekście zupełnie zbędne). Przepis ten brzmi następująco:

Zająć można ruchomości dłużnika będące bądź w jego władaniu, bądź we władaniu samego wierzyciela, który do nich skierował egzekucję. Ruchomości dłużnika będące we władaniu osoby trzeciej można zająć tylko wówczas, gdy osoba ta zgadza się na ich zajęcie albo przyznaje, że stanowią one własność dłużnika, oraz w wypadkach wskazanych w ustawie. (…)

Władanie nie ma swojej definicji legalnej, natomiast w doktrynie określa się je jako faktycznie sprawowane, fizyczne władztwo nad rzeczą. Co istotne, władanie rozpatruje się, abstrahując od tytułu prawnego, łączącego władającego z władaną rzeczą; badać prawo własności zajętej rzeczy powinien sąd rozpoznający ewentualne powództwo o wyłączenie rzeczy spod egzekucji. Komornik jest od tego obowiązku zwolniony, co nie znaczy, że wszelkie informacje w tym temacie może zignorować.

Samo ustalenie władania przez asesora jest kontrowersyjne. Ciągnik stał na posesji sąsiada, tak więc raczej nie dało się przyjąć, że włada nim dłużnik. Zajęcie ruchomości znajdującej się we władaniu osoby trzeciej też raczej w grę nie wchodziło, bo sąsiad wprost przyznał, że traktor należy do niego, nawet okazał stosowne dokumenty potwierdzające własność. Co do własności – informacje były sprzeczne, z jednej strony odpowiedź z CEPiK, z drugiej umowa i dowód rejestracyjny. Kubik miał w takiej sytuacji dwa wyjścia: albo w myśl zasady „in dubio pro reo” odstąpić od zajęcia, albo poddać się presji wierzyciela (którego przedstawiciel był na czynnościach obecny) i rzecz zająć. Wybrał tę drugą opcję. No ale dobrze – niech będzie, że rzecz znajdowała się na tyle blisko posesji dłużnika, że to jego można było uznać za władającego.

W dalszej kolejności Kubik odebrał ruchomość spod dozoru dłużnika i przekazał ją osobie, która przyjechała z lawetą. Traktor przewieziono do Łodzi, a następnie oddano do komisu. Sąd Rejonowy w Mławie orzekł o zwolnieniu spod egzekucji zajętej rzeczy, lecz gdy ten wyrok zapadł, ciągnik został sprzedany. Ciąg dalszy jest wszystkim znany.

Tak naprawdę właśnie od kwestii dozoru zależało najwięcej, to od niej rozpoczął się cały dramat. Zgodnie z art. 855 § 1 zd. drugie kpc komornik może rzecz zajętą odebrać spod dozoru dłużnika z ważnych przyczyn (zasadą jest pozostawienie pod dozorem dłużnika – zdanie pierwsze ww. przepisu). Zastanówmy się więc – w sytuacji, w której komornik (asesor) wie, że rzecz prawdopodobnie nie jest własnością dłużnika, a przy tym nie znajduje się w jego władaniu, najbezpieczniej jest tę rzecz pozostawić pod dozorem dłużnika, pouczyć prawowitego właściciela rzeczy o prawie do złożenia powództwa o zwolnienie rzeczy spod egzekucji i grzecznie zaczekać na rozwój wypadków. Wprawdzie nie istnieje żaden katalog przyczyn uniemożliwiających odebranie rzeczy spod dozoru dłużnika, ale jeśli ruchomość znajduje się – skoro byliśmy łaskawi dla asesora, to pozostańmy w tym konsekwentni – w bezpośrednim sąsiedztwie osoby trzeciej, która rości sobie prawo do rzeczy, to trzeba było nie mieć choćby odrobiny wyobraźni, aby tę rzecz odebrać. Przeflancowanie ciągnika było oczywistym szwindlem, ale komornik (ani asesor) nie ma prawa wchodzić w uprawnienia sądu.

Wydaje się to tym bardziej niepotrzebne, gdyż w takiej sytuacji ogromne szanse powodzenia miałoby ewentualne powództwo z art. 527 kc, czyli z dobrze nam znanej skargi pauliańskiej (jeśli oczywiście wierzycielowi zależało na zaspokojeniu, a nie na sprzedaniu traktora w „zaprzyjaźnionym” komisie, o czym też się mówiło). Dłużnik, zbywając swój ciągnik, kierował się zamiarem pokrzywdzenia wierzycieli, o czym sąsiad – nabywca niewątpliwie powinien był wiedzieć. Smaczku dodaje dobrze wszystkim znana treść § 3 ww. przepisu.

Jeżeli wskutek czynności prawnej dłużnika dokonanej z pokrzywdzeniem wierzycieli uzyskała korzyść majątkową osoba będąca w bliskim z nim stosunku, domniemywa się, że osoba ta wiedziała, iż dłużnik działał ze świadomością pokrzywdzenia wierzycieli.

Pojęcie „osób w bliskim stosunku z dłużnikiem” jest nieostre. Przyjmuje się jednak (za Sądem Najwyższym), że są to osoby pozostające w takim stosunku, który uzasadnia przyjęcie, że jedna z nich jest w posiadaniu informacji o aktualnej sytuacji majątkowej drugiej. Taka relacja bardzo sprawę ułatwia; w razie pozostawania w nim świadomość pokrzywdzenia wierzycieli przez dłużnika jest domniemaniem, bardzo trudnym do wzruszenia. Sąsiedztwo niewątpliwie jest stosunkiem bliskim, a jeśli dodamy, że w istocie poszkodowany rolnik jest szwagrem właściwego dłużnika, sprawa staje się całkowicie oczywista.

Tak oto asesor Kubik z potencjalnego kanciarza zrobił męczennika. Tylko powinszować.

Dopiero ta sprawa uświadomiła samorządowi komorniczemu, że publiczne informowanie w sprawach szczególnie medialnych będzie w interesie wszystkich. Rozwiązania wprowadzone na skutek tej awantury są słuszne. Społeczeństwo dokładnie zaznajomi się ze sprawą, a może i trochę nauczy się prawa, komornicy oczyszczą się choć odrobinę z oskarżeń o tuszowanie skandali. Do tego trzeba było jednak dojrzeć, także i dzięki ciągnikowi. Początkowo jednak nie udzielano zbyt dużo informacji, ewentualnie były one pomijane. Komornik Andrzej Ritmann, przewodniczący i rzecznik prasowy Rady Izby Komorniczej w Łodzi w jednej osobie, wyrwany do odpowiedzi świeżo po ujawnieniu afery stwierdził, że asesor mógł zająć ciągnik. To samo dodała rzecznik Janus, podkreślając, że odebranie dozoru nastąpiło na wniosek wierzyciela. Oboje byli jednak ze sprawą na świeżo, co mogli powiedzieć?

Osobiście szkoda mi jednej rzeczy – że nikt nigdy nie zająknął się o kwestii odpowiedzi z CEPiK i prawdopodobnie antydatowanej faktury. Byłoby to sprawiedliwe, choć poszkodowany rolnik przestałby być dla ogółu taki niewinny.

CHOĆBYŚMY SIĘ BARDZO STARALI, NIE ZERWIEMY ZE STEREOTYPAMI

Co przeciętny człowiek sobie wyobraża, słysząc słowo „komornik”? Prawdopodobnie nieustępliwego służbistę z neseserem/aktówką, nieposiadającego przymiotów tak zbędnych jak układ nerwowy czy ludzkie odruchy. Krzywdzący stereotyp czy rzeczywistość? Prawda leży zapewne pośrodku. Znakomita większość komorników w miarę normalnie wykonuje swoją pracę, choć jak podczas naszych zajęć zauważył kiedyś Ritmann: „każda kancelaria ma jakiegoś trupa w szafie”.

Z obiegową opinią KRK od dłuższego czasu stara się walczyć. Kampania „Komornik nie zabiera, komornik oddaje” mająca za cel uświadomić społeczeństwu, na czym ta praca tak naprawdę polega, konferencje dotyczące egzekucji alimentów, akcje charytatywne jak np. fundowanie wyprawek szkolnych dla dzieci z najuboższych rodzin, którymi komornicy chcą udowodnić, że też są ludźmi, i to empatycznymi, sponsorowane artykuły na „Bezprawniku”, przybliżające najbardziej powszechne problemy zawodowe tej grupy itp. Starano się promować obraz komornika ugrzecznionego, łagodnego, takiego, któremu może nawet trzeba trochę współczuć. Takie ocieplanie wizerunku byłoby dobre tylko w jednym wypadku: gdyby nasze środowisko było krystalicznie czyste, acz źle postrzegane. Jest to jednak założenie utopijne, właśnie dlatego utopijne (i nieco naiwne) było public relations Rady, którym nie kieruje nic innego, niż strach przed doczepioną „gębą” i desperacja w pozbyciu się jej. Warto jest czynić dobro i uświadamiać nieuświadomionych, ale im bardziej ostentacyjnie się to robi, tym bardziej przerysowane się to staje, a ludzie zaczynają węszyć.

Cała ta strategia musiała runąć wraz z aferą ciągnikową. Okazało się, że w gronie tych aniołów jest miejsce dla osób, które przekraczają uprawnienia, wysługują się podwładnymi, nie przychodzą do pracy, nie kontrolują panującego tam harmidru, nie wiedzą o działaniach swoich asesorów (będę łagodny, choć nie wierzę, żeby Kluczkowski nie wiedział o metodach Kubika), wreszcie są podejrzewani o szemrane układy biznesowe. Prawda jest niestety okrutna: większość ludzi patrzy na nas nie przez pryzmat urządzanych od wielkiego dzwonu kwest itp., ale w kontekście czynności wykonywanych przez nas dzień w dzień. Jeśli wykonujemy je źle i z naruszeniem prawa, to każda zbożna inicjatywa będzie rozumiana jako wypieranie się swojej domniemanej występnej działalności. Ludzie mają skłonność do reaktancji, potrafią odbierać nasze słowa zupełnie inaczej, niżbyśmy tego chcieli.

Być może w kreowaniu wizerunku powinniśmy wykorzystać psychologię odwróconą. Jeżeli będziemy ironicznie, ale i konsekwentnie przedstawiać siebie jako właśnie takich nieugiętych twardzieli, to niewykluczone, że zyskamy. Pozbędziemy się podejrzanej sprzeczności między PR, a dokonaniami, a co najważniejsze – pokażemy, że nie boimy się zaszufladkowania. Oczywiście działalności bardziej szczytnej nie możemy sobie odmawiać, ale wszystko w zdrowych proporcjach.

W TELEWIZJI WYPADAMY BARDZO, BARDZO SŁABO

Pamiętam jak dziś taką scenę z Polsatu, bodajże z programu „Państwo w państwie” na wiadomy temat: w studio siedzą dyżurni spece od egzekucji sądowej w parlamencie, tj. magister politologii Jaki oraz inż. budownictwa Lidia Staroń, towarzyszy im dr Rafał Łyszczek, wiceprezes KRK, a z telebimu przemawia wspomniany już przewodniczący Ritmann,. Gdy ten ostatni kończy swoją wypowiedź, prowadzący program, ku rozbawieniu widowni zadaje wiceministrowi i pani senator pytanie następujące: „Czy nie przeszkadza państwu, że pan komornik Ritmann nie jest prawnikiem?”. Łyszczek ani nie weźmie kolegi w obronę, ani nie zapyta się towarzyszy w studio, czy im nie przeszkadza niebycie prawnikami, tylko milczy z marsową miną.

Albo inna scena, tym razem z TVP Info, z ponownym udziałem Jakiego, któremu tym razem towarzyszy Andrzej Kulągowski, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Warszawie. Program traktuje o planowanych reformach stanu komorniczego. Jaki zaczyna swoje wycieczki do komorników, tradycyjnie okraszone znaczną niewiedzą i demagogią (jeśli urzędnik Ministerstwa Sprawiedliwości oznajmia, że nie wpuściłby komornika do domu, to naprawdę nie sposób nie popukać się w czoło). Kulągowski siedzi i nie wie, co powiedzieć, bo krytykować projektów ustaw przy ich autorze nie wypada, to rzuca jakieś okrągłe zdania o „szukaniu wspólnej drogi z ministerstwem” itd.

W zasadzie ostatnim komornik, który dobrze sobie radził w telewizji, był Robert Damski, ale odkąd nie jest rzecznikiem KRK, to go w zasadzie nie widać (plotki mówią, że sen. Staroń obiecała, że go zniszczy, więc pan Robert niejako został zmuszony do dymisji). Reszta jest milczeniem, ale skoro powiedziałem już „A”, to muszę powiedzieć „B”. Przychodzi komornik do programu w TV. Widać od razu, że jest spięty i chwiejny. Lico ma blade, niewyrażające żadnych emocji poza niechęcią dla bycia w studio. Wypowiada się albo bardzo niepewnie, albo jakby wszystkich swoich kwestii nauczył się na pamięć. Posługuje się siatką pojęć, która zrozumiała jest tylko dla znających temat. Nie umie się odgryźć, gdy jest atakowany on albo jego kolega, przełamać gęstej atmosfery pół-linczu, rzucić błyskotliwą uwagą, inną od standardowo wygłaszanych kwestii.

Nasze wystąpienia znamionują słabość, a nie ma nic trudniejszego, niż walenie w słabeusza. Staramy się być merytoryczni na siłę, a nie okazujemy przy tym choćby odrobiny charyzmy i zdolności do słownej szermierki (nie mylić z pyskówką). Żyjemy w takich czasach (zawsze żyliśmy?), że pewny siebie dyletant zawsze będzie mieć lepszy posłuch (patrz choćby Jaki czy poseł Andruszkiewicz) niż ktoś z wiedzą, której nie umie przedstawić.

MUSIMY NAUCZYĆ SIĘ WAŻYĆ INTERESY CAŁEJ KORPORACJI

To wydaje się nauka najważniejsza. Rozczarowana działaniami samorządu mogła czuć się nie tylko opinia publiczna, ale przede wszystkim sama brać komornicza. Gdy 11 marca 2016 r. na walnym zgromadzeniu Izby Komorniczej w Łodzi Jarosław Kluczkowski wskutek złożonego przez jednego z młodych komorników złożył dymisję z funkcji członka Rady, na stronie internetowej pojawił się komunikat następującej treści (za M. Kolińską-Dąbrowską):

„Rada Izby Komorniczej w Łodzi serdecznie i z całego serca dziękuje Kol. Jarosławowi Kluczkowskiemu za zaangażowanie w dotychczasową pracę samorządową. Obecności Kolegi będzie Nam brakować. Rada Izby pozostaje z głęboką nadzieją, że złożona przez Kolegę Jarosława Kluczkowskiego rezygnacja nie jest końcem Jego zaangażowania w pracę tak w Samorządzie Komorniczym, jak i na rzecz tego Samorządu”.

Tekst ten wywołał ogromne oburzenie także samym gronie komorniczym, ale ja nie o tym. Kluczkowski bezwzględnie powinien otrzymać podziękowania, ale kulturalne i we własnym gronie. Myślę, że zrozumiałby doskonale, iż ze względu na możliwość awantury jawne całowanie po rękach może wyrządzić więcej szkód niż pożytku. Dla mnie jednak ww. tekst i okoliczności jego zamieszczenia to swego rodzaju symbol. Symbolem walki o sprawę, która była z góry przegrana. Symbolem braku grubej kreski, która powinna była oddzielić komorników rzetelnych od nierzetelnych. Symbolem tego, że jeśli ktoś nie uderzy mocno pięścią w stół, to nikt od winnych konsekwencji nie wyciągnie.

Jeśli samorząd komorniczy posiadł wiedzę (a posiadł), że asesor Kubik i komornik Kluczkowski dopuścili się zachowania niegodnego sprawowanych funkcji, to miał obowiązek powiedzieć to wprost. Przede wszystkim jednak trzeba mieć cały czas z tyłu głowy, że w tym kraju jest przeszło 1,5 tysiąca komorników i mniej więcej tyle samo asesorów, a każdy błąd jednego z nas odbija się na wszystkich. Z dziesięciu skandali komorniczych dziewięć będzie nieporozumieniem, ale ten dziesiąty musi być potępiony. W przeciwnym wypadku zawsze pozostaniemy tymi, którzy w łamaniu prawa nie widzą nic złego.

Najbliższych kilka miesięcy zdecyduje zapewne, dokąd zmierzać będzie egzekucja sądowa w Polsce. Jesteśmy w progu debaty nad reformą naszego zawodu. Wielu z nas się boi, szuka bądź już znalazło alternatywną drogę rozwoju. Ja mimo wszystko jestem nastawiony raczej optymistycznie, choć jest to optymizm dość gorzki; aby wreszcie było dobrze, musimy przejść przez aktualny kryzys zaufania oraz prawdopodobny kryzys ekonomiczny. Aby przetrwać, musimy jednak wyciągnąć wnioski z własnych doświadczeń, być może właśnie nawet takie, o których piszę powyżej.

Właśnie, kryzys ekonomiczny. W czerwcu br. Prezes KRK Rafał Fronczek przesłał komunikat, z którego wynika, że wiceminister Jaki po przedstawieniu przez Radę jej postulatów nieco zmiękł i zobowiązał się do naniesienia na procedowane projekty ustaw komorniczych autopoprawek, głównie w zakresie opłat (m.in. wprowadzenie opłaty wierzyciela za wszczęcie egzekucji, zwiększenie opłaty za umorzenie na wniosek wierzyciela lub w wyniku bezczynności wierzyciela itp.). Nieco ponad miesiąc później Jarosław Kluczkowski został wydalony ze służby komorniczej. Może to daleko idąca teoria, ale wcale bym się nie zdziwił, gdyby Jaki postawił taki warunek: ja wam załagodzę ustawy, a wy mi przyniesiecie głowę Kluczkowskiego.

asesor komorniczy Jakub Walczak

komentarze