Wirtualna rzeczywistość przerasta sądy

Niewątpliwie za sprawą koronawirusa polski wymiar sprawiedliwości przeszedł przyspieszony kurs obsługi internetu. Weszły rozprawy online i doręczenia elektroniczne, za sprawą środowisko zawodowych pełnomocników w przeważającej mierze pojęło, że uchylanie się przed upływem czasu w sprawach zawodowych jest tak samo nieroztropne, jak chodzenie na solarium w czasach, gdy świadomi konsumenci stawiają na ochronę skóry. Dzięki temu, wielu z nas wygospodarowało w kancelariach miejsce sprzyjające udziałowi w rozprawie, zainwestowało w niezbędne po temu urządzenia jak lampy, za sprawą których jesteśmy ładniejsi i mikrofony, dzięki którym lepiej słychać jaką dysponujemy mądrością. Niektórzy z pewnością dokonali przesunięć środków finansowych tak, aby podstawką pod laptop przestał już być stos różnych książek, a coś, co zostało w tym celu wyprodukowane. Wedle moich spostrzeżeń coraz rzadziej adwokaci i radcy prawni wraz z otwarciem rozprawy online zachowują się jakby wywoływali duchy rzucając w przestrzeń powtarzające się pytania: widać?, słychać? Coraz częściej zaś posiedzenia wirtualne – po stronie pełnomocników – przypominają profesjonalnie przygotowane przedsięwzięcie, które o ile dać mu szansę może zostać przeprowadzone sprawnie i z korzyścią dla klienta.

Niestety rzadko kiedy tyleż samo ciepłych słów można – w zakresie strony technicznej rozprawy online – powiedzieć o rozprawie po stronie sądu.

Choć od pierwszych kroków w wirtualny świat minęły z okładem dwa lata wymiar sprawiedliwości nadal nie wydaje się być w pełni przygotowany do udźwignięcia własnego ciężaru. Rzecz jasna nie jest rolą sędziego podłączanie kabli, dbanie o dźwięk i ustawienie kamery, ale fakt, że zwykle brakuje mu choćby podstawowych umiejętności w tym obszarze, a każda poprawka wymaga wodzenia wzrokiem za odpowiednim specjalistą, smuci świadcząc o co najmniej wątpliwym doświadczeniu życiowym w wielu obszarach. Podczas większości spraw coś nie działa. A to głos, a to kamera, a to jedno i drugie.

Prowadzenie przesłuchanie świadka, którego filmowania nie przewidziano wyposażając salę sądową w niezbędny sprzęt powoduje, że zadający mu jakiekolwiek pytanie pełnomocnik, mimo własnego technicznego przygotowania, zaczyna brać udział w seansie spirytystycznym. Głos dochodzący jak zza światów, przerywana transmisja, konieczność powtarzania pytań i dublowania niezasłyszanych w pełni odpowiedzi powodują, że rozprawa z perspektywy strony, świadka lub publiczności – laika – przybiera postać chałupniczych ćwiczeń na miarę jogi z youtubem albo transmisją scenek dla dorosłych w najniższej rozdzielczości i z internetem rodem z lat 90-tych, w miejsce sprawowania wymiaru sprawiedliwości, który uwzględnia, oddala, zobowiązuje lub ustala.

W obecnym stanie rzeczy nawet najzagorzalsi entuzjaści rozpraw online (do których ja sama się zaliczam wierząc, że w ten sposób można rozstrzygnąć wiele sporów) czują niedosyt. Niedosyt co najmniej podwójny. Po pierwsze bowiem nie jest łatwo pogodzić się z tym, że w większości adwokaci zdołali opanować trudną sztukę łączenia się z sądem na czas i w odpowiedniej jakości dźwięku i obrazu, a nie udało się to wielu sądom. Po drugie zaś, że sędzia, który dla prawidłowości wydawanych orzeczeń winien wiedzieć o życiu i świecie co najmniej tyle, co przeciętny obywatel, zbyt często daje dowód tego, że w światem transmisji online nie wykazuje zainteresowania na choćby podstawowym poziomie.

Na to, jak obywatele postrzegają prawników ma wpływ wiele czynników z osobowościowymi i charakterologicznymi na czele. Nie należy jednak bagatelizować kwestii technicznych. Czym bowiem jest świetnie przygotowany sędzia, znający akta i planujący odpowiednie czynności procesowe, lecz przeprowadzający je bez dźwięku? Tym samym, czym transmisja najważniejszego meczu sezonu bez telewizora.  Czynnikiem niepotrzebnego stresu.

 

adwokat Joanna Parafianowicz

Felieton ukazał się w Rzeczpospolita – Rzecz o prawie 27 września 2022 r.

 

 

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.