Jak pisać orzeczenia SN, żeby nikt nie zrozumiał?

Są orzeczenia, które wyjaśniają rzeczywistość, i takie, które wymagają wyjaśnienia. Uchwała Sądu Najwyższego składu siedmiu sędziów z dnia 17 listopada 2011 r., III CZP 5/11) należy do tej drugiej kategorii – choć jej sens jest zaskakująco prosty, droga do jego odkrycia przypomina łamigłówkę.

Są dwa sposoby komunikowania się z ludźmi.
Pierwszy: mówisz, co masz na myśli i dostajesz to, czego chcesz.
Drugi: piszesz orzeczenie Sądu Najwyższego i oblewasz nim każdego na maturze.

Pisanie orzeczeń Sądu Najwyższego to nie jest zwykłe pisanie – to dyscyplina niemalże olimpijska, wymagająca lat praktyki, wyczucia języka oraz odwagi, by zdanie rozpoczęte na stronie pierwszej zakończyć dopiero na stronie szóstej, o ile się da – w przypisie. Uchwała z 17 listopada 2011 r. (III CZP 5/11) składu siedmiu sędziów (czyli ważna!), jest przykładem modelowym. Można by ją zresztą streścić w jednym zdaniu:

Ubezpieczyciel powinien zwrócić koszty auta zastępczego, nawet jeśli można jeździć autobusem.

Ale nie po to mamy Sąd Najwyższy, żeby było łatwo. Zatem:

Po pierwsze – nigdy nie zaczynaj od odpowiedzi

Największym błędem młodych adeptów prawa jest pokusa jasności. Czytelnik nie może zbyt szybko się zorientować, czy sąd dopuszcza, zakazuje czy też „uznał za wymagające ponownego rozważenia”. Dlatego, skoro SN stawia poprzeczkę wysoko, skierowane do niego pytanie także nie może być proste. W wersji skrótowej, niechaj brzmi: Czy roszczenie jest determinowane nie tylko adekwatnym związkiem przyczynowym, ale również niezbędnością najmu rozumianą jako niemożność skorzystania z komunikacji publicznej? Po takim wstępie czytelnik już wie: być może utraci wolę życia, ale jeszcze nie jego sens. I o to w tym chodzi.

Po drugie – używaj słów, które coś znaczą, ale nie wiadomo co dokładnie

Nie pisz „trzeba” albo „nie trzeba”. To zbyt kategoryczne. Pisz: „nie można wykluczyć”, „należy rozważyć możliwość”, „wydaje się zasadne przyjęcie”, „co do zasady”. Dzięki sprytnemu zabiegowi ręczę – choć każde zdanie brzmi poważnie, jednocześnie żadne nie zamyka żadnej drogi odwrotu. Jeśli zaś przypadkiem ktoś zrozumie sens — zawsze można powiedzieć, że „to tylko jedna z możliwych interpretacji”.

Po trzecie – zdania wielokrotnie złożone są twoim sprzymierzeńcem

Zapamiętaj, że zdanie powinno: zawierać kilka poziomów myślenia, mieć przynajmniej jedno „aczkolwiek” i jedno „jednakże” oraz sprawiać wrażenie, że gdzieś po drodze zgubiono orzeczenie.

Zasada jest bowiem prosta: najwyższy poziom osiąga się wtedy, gdy po przeczytaniu zdania sam autor nie jest do końca pewien, co napisał, a jeśli coś go naprowadzi na wiodącą myśl – pracę należy zacząć od początku.

Po czwarte – nie mów „tak” ani „nie”

 Zamiast na zadane pytanie odpowiedzieć wprost: „tak, należy się odszkodowanie”, lepiej napisać: odpowiedzialność ubezpieczyciela nie jest uzależniona od niemożności korzystania z komunikacji zbiorowej. 

Dlaczego? Bo dopiero teraz zaczyna się magia: „nie jest uzależniona”, „od niemożności”…

Czyli? Nie trzeba udowadniać, że nie można korzystać z autobusu. Ale czy bylibyśmy prawnikami, gdybyśmy dawali się zrozumieć? Oczywiście, że nie. Właśnie dlatego, co do zasady (he he) czytelnik w procesie wykładni zdania przechodzi przez obowiązkowe etapy: podejmuje nieudaną próbę analizy logicznej, chwilowo traci wiarę w język ojczysty, godzi się z losem, już wie, że nic nie wie. I tak ma być!

 Po piąte – powiedz „to nie jest szkoda”, a potem „to jednak jest szkoda”

 To moment, w którym tekst zaczyna przypominać ćwiczenie z filozofii. Sąd Najwyższy tłumaczy: utrata możliwości korzystania z auta nie jest sama w sobie szkodą majątkową, ale koszty wynajmu auta zastępczego są szkodą majątkową. 

Czyli:

  • brak auta → dyskomfort
  • rachunek → szkoda.

Proste. Ale dopiero po trzecim czytaniu i czwarty dissie.

Po szóste – przywołuj orzecznictwo, ale tak, żeby nie pomagało

Jeśli, chcesz zostać Sądem Najwyższym, gdy dorośniesz, musisz pamiętać, by w uchwale:

  • wskazać kilka wyroków, o tożsamym do Twojego skomplikowaniu wywodu,
  • dodać stanowisko doktryny, ale rozbieżnej,
  • wspomnieć o praktyce ubezpieczeniowej, choć niejednolitej,
  • zwrócić uwagę na rozbieżności nie wyjaśniając ich,
  • dorzucić porównanie z Niemcami. Cóż, germańskie odesłania zawsze plączą rozum.

Następnie? Koniecznie musisz podsumować: „poglądy są niejednolite, ale pozwalają przyjąć stanowisko zaprezentowane w niniejszym orzeczeniu”. Jeśli masz ochotę spytać: „Ale jakie stanowisko?” – jesteś w domu, lecz jeszcze nie własnym, bo co jak co, ale stanowisko SN to już czytelnik powinien ustalić sam, najlepiej w drodze wewnętrznego postępowania dowodowego.

Po siódme – daj czytelnikowi fałszywy trop

Jeśli intuicja podpowiada „zwrot kosztów tylko wtedy, gdy naprawdę nie masz alternatywy”, nie obstawiaj w Lotto, to nie ten kierunek. Nie wygrasz, bowiem Sąd Najwyższy jasno mówi: samochód to nie autobus, a autobus nie zastępuje samochodu. Czyli: nie musisz udowadniać, że komunikacja miejska zawiodła, żeby dostać odszkodowanie. Ba! Nie musisz nawet udowadniać, że próbowałeś. Ale nikomu o tym nie mów.

Po ósme – najważniejsze ukryj w środku

Nie na początku. Nie na końcu. W środku — pomiędzy rozważaniami o: charakterze szkody, metodzie dyferencyjnej, i koniecznie komercjalizacji wartości użytkowej. Dlaczego? Bo właśnie tam najlepiej prezentuje się sedno: możesz wynająć auto i żądać zwrotu kosztów.

Jeżeli czytelnik dotrze do tego miejsca – zasłużył. 

Po dziewiąte – zakończ tak, żeby brzmiało poważnie, ale niczego nie upraszczało

Nie będę sugerować zbyt dosłownie, ale może przez odwołanie do: „celowych i ekonomicznie uzasadnionych wydatków”? Brzmi jak złoto, zatem podsumujmy: możesz wynająć auto, ale nie możesz przesadzić. Rozumiesz?

Nie tylko Ty. Ktoś zatem zapyta: gdzie jest granica?

Odpowiadam: Tam, gdzie kończy się cierpliwość sądu.

Po dziesiąte – puenta

Wygląda na to, że po przeczytaniu 11 stron w formacie A4 i odjęciu całej stylistycznej ornamentyki zostaje bardzo prosta myśl: Jeśli ktoś pozbawił Cię samochodu, możesz wynająć inny i żądać zwrotu kosztów — nawet jeśli autobus w Twoim mieście nadal kursuje.

Nie ma tu jednak wątpliwości: w orzeczeniu składu 7 sędziów SN nie chodzi o to, żeby było prosto. Tekst powinien zatem sprawiać wrażenie, że: jest bardzo mądry (bo co jak nie uchwała SN?), bardzo ważny i absolutnie nie dla każdego. Ale nie tak jak twórczość Grimes. Raczej jak Michał Bajor.

Najlepiej zaś, jeśli po lekturze tekstu nadal masz wątpliwości, zaczynasz się od nowa zastanawiać, a na usta ciśnie się: „rozumiem…, ale nie do końca”. Teraz już wiesz, że osiągnąłeś standard Sądu Najwyższego. Co do zasady ;)

Joanna Parafianowicz

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.