Prawo zna pojęcie „przypadku niecierpiącego zwłoki”. Zna też instytucję interwencyjnego odebrania zwierzęcia. Nie zna natomiast pojęcia „formalnie zamkniętego problemu”, jeżeli po drugiej stronie ogrodzenia pozostają żywe istoty wymagające udzielenia pomocy. A jednak właśnie tym w praktyce okazała się oficjalna decyzja o zamknięciu schroniska w Sobolewie – decyzją, która zamknęła temat na papierze, lecz nie rozwiązała go w rzeczywistości. Jakim bowiem rozwiązaniem byłoby pozostawienie tych zwierząt na kolejne tygodnie, jeśli nie miesiące, w oczekiwaniu na znalezienie dla części z nich miejsca w innych schroniskach – przy kilkunastostopniowym mrozie?
Ze strony organizacji prozwierzęcych była zapowiedź działań. Była obecność służb i początkowo wielu kamer. Było również społeczne przekonanie, że sytuacja jest monitorowana. Informacja o zamknięciu schroniska wzbudziła wiele pozytywnych reakcji wśród osób zgromadzonych pod bramami Happy Dog. Niedługo po ogłoszeniu decyzji o zamknięciu schroniska kamery wyjechały. Tym, co pozostało jest niemieszczące się w krótkim przekazie medialnym pytanie: co dalej?
Cisza, która przyszła po decyzji
Zdarzenia, do których doszło w schronisku w Sobolewie 24 stycznia 2026 r., nie były dla nikogo zaskoczeniem. Zarówno schronisko, jak i Urząd Gminy wiedziały o planowanym proteście. Mieli oni czas, aby się przygotować. Decyzja o zamknięciu schroniska zapadła w godzinach popołudniowych. Niedługo później sobolewski las opuściły media. To wówczas, już poza zainteresowaniem kamer, rozpoczął się właściwy problem: brak dalszych informacji, brak planu i brak wyraźnego przejęcia odpowiedzialności za zwierzęta pozostające w nieprzystosowanych boksach. Trzeba powiedzieć wprost – to, co działo się po podjęciu decyzji o zamknięciu schroniska, było skutkiem próżni decyzyjnej.
Ratunek bez procedury
Do Sobolewa przyjechali ludzie z całej Polski, często po przebyciu setek kilometrów. Nie po to, by zabierać zwierzęta „na własną rękę”, lecz z przekonaniem, że w sytuacji kryzysowej zostaną uruchomione procedury zabezpieczenia ich losu. Tak się jednak nie stało. Żadna z obecnych osób, w tym również przedstawiciele organizacji, nie przewidywała, że w minioną sobotę sprawy potoczą się w sposób wymagający interwencyjnego odebrania zwierząt. Tego dnia nie istniały realne alternatywy. Zwierzęta mogły dalej pozostać w nieogrzewanych budach przy mrozie, bez bieżącego dostępu do wody, pożywienia i bezpiecznego schronienia. Albo mogły zostać zabrane przez organizacje prozwierzęce, które z pomocą wolontariuszy zapewnią im w końcu godziwe warunki.
Sytuacja w sobotę była dynamiczna. Część osób zaczęła wyprowadzać psy z kojców przy użyciu prowizorycznych środków: sznurków od snopowiązałki, szalików, wszystkiego, co w danym momencie mogło posłużyć jako smycz. Organizacje pomocowe, przy udziale policji, próbowały tę sytuację porządkować – apelując do poszczególnych osób o niewynoszenie zwierząt zwierząt w sposób niekontrolowany, niewypuszczanie ich z boksów. Wolontariusze prosili o spokój i pozostawienie psów w boksach. Tłumaczyli, że konieczne jest pierwszorzędne przekazywanie zwierząt fundacjom, które mogą zapewnić im badania, kwarantannę i pomoc behawioralną.
Byłam na miejscu jako pełnomocnik dwóch fundacji prozwierzęcych – Przyjaciel Zwierz oraz Serce w Futrze
Jeszcze późnym wieczorem, około godziny 22, gdy opuszczałam teren schroniska wraz z prezeską fundacji Przyjaciel Zwierz, podeszła do nas kobieta z płaczem. Przyznała, że w natłoku emocji zabrała jednego psa, ale teraz – z rozsądku i w wyniku medialnego apelu organizacji pomocowych – chce przekazać go w ręce fundacji. Oczywiście, że pomogłyśmy. Takich przypadków było co najmniej kilkanaście. Ta sytuacja potwierdza, że impulsywność ustępuje miejsca refleksji zwykle wtedy, gdy pojawiła się realna, odpowiedzialna alternatywa.
Co zobaczyliśmy w boksach?
W boksach znajdowały się głównie psy. Dalece zastanawiający był niemal całkowity brak suk. Niemniej jedna z suk przejętych przez Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt okazała się być w zaawansowanej ciąży…Widzieliśmy psy z guzami, skrajnie wylęknione, które na widok człowieka załatwiały się pod siebie i ze strachu przed człowiekiem chowały w wykopanych przez siebie norach. Przed boksami wystawiona była słoma, jednak wnętrza bud dla psów w znacznej mierze pozostawały puste, mimo że temperatura na zewnątrz była naprawdę niska. Koty natomiast znajdowały się w zamkniętych pomieszczeniach, pozbawionych światła i swobodnego dostępu. Pytania zadawane przez wolontariuszy wprost pracownikom schroniska, dlaczego psy nie mają wody, czy były dziś karmione, dlaczego w środku nie ma słomy pozostawały bez odpowiedzi..
Na miejscu znajdowały się zakrwawione, pogryzione kije, mielarka do mięsa, mięso wątpliwej jakości i pochodzenia, które w popłochu pracownicy wynosili do zamkniętego pomieszczenia. Była także klatka groomerska oraz zardzewiałe narzędzia – szczotki i nożyczki – razem z obrożami i pokrytymi rdzą łańcuchami, ułożone przy wejściu tak jakby ktoś jeszcze tego samego dnia z nich korzystał…
Warto także dodać, że dostęp do ogrzewanych pomieszczeń w sobotę mieli jedynie włodarze Sobolewa, kierownik schroniska i funkcjonariusze policji. Jako organizacje pomocowe i ich przedstawiciele nie otrzymaliśmy żadnego pomieszczenia, w którym moglibyśmy się choć na chwilę ogrzać – mimo wielogodzinnego przebywania na mrozie w środku lasu.
Formalny porządek
W wielu przypadkach służby nie sprzeciwiały się wchodzeniu osób na teren schroniska szczególnie wobec przedstawicieli organizacji pomocowych oraz ich przedstawicieli. Jednocześnie nad wyraz drobiazgowo sprawdzano stan ogrodzenia – mierząc je miarką, przy użyciu dodatkowego oświetlenia w co najmniej kilku funkcjonariuszy.
Trudno to przemilczeć wobec licznych kierowanych sygnałów do funkcjonariuszy policji dotyczących pustych misek, braku wody i jedzenia czy warunków bytowania zwierząt. Niestety pozostawało to bez reakcji. Rozczarowaniem okazało się także odwołanie straży pożarnej, która mogła zapewnić oświetlenie terenu i umożliwić podjęcie uporządkowanych czynności przy ewidencjonowaniu psów i ich ewakuacji. Ewakuacji, trwającej całą zimową noc aż do niedzieli w godzinach popołudniowych.
Kontrast pomiędzy drobiazgową kontrolą infrastruktury schroniska i równoczesnym milczeniem wobec zwierząt wymagających pilnej pomocy – był niestety szczególnie wymowny.
146 psów i pięć godzin negocjacji
Ostatecznie 146 psów zostało przejętych przez Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt. Część z nich trafiła bezpośrednio pod opiekę DIOZ, pozostałe do Pogotowia dla Zwierząt, Fundacji Judyta, Fundacji Psa Karmela, OTOZ Animals Warszawa, Fundacji Przyjaciel Zwierz, Fundacji Serce w Futrze oraz kilku innych organizacji pomocowych. Do tego jednak doszło dopiero po wielogodzinnych negocjacjach. Pani Mecenas Katarzyna Topczewska przez ponad pięć godzin negocjowała warunki porozumienia dotyczącego przekazania zwierząt. To nie był spontaniczny akt „zabierania psów”, lecz mozolny proces ustalania ram odpowiedzialności w sytuacji, w której te ramy powinny istnieć od początku. Równoczesne warunkowanie udzielenia zgody na pomoc psom z Happy Dog i podjęcia ich ewakuacji, od niepostawienia przed odpowiedzialnością osób, które przyczyniły się do ich wieloletnich zaniedbań w znacznym stopniu obrazuje to jak trudnym procesem było osiągnięcie kompromisu.
Osiem lat postępowania
Nie sposób pominąć jeszcze jednego kontekstu. Postępowanie karne o znęcanie się nad zwierzętami przeciwko obecnemu właścicielowi schroniska toczy się od ośmiu lat. Sprawa liczy około 40 tomów. Do tej pory przesłuchano blisko 90 świadków. Na 19 lutego 2026 roku zaplanowana jest kolejna rozprawa. Pomimo wieloletnich i skrajnych zaniedbań szeregu służb, po przeprowadzanych kontrolach oskarżony nie dostrzegał nieprawidłowości w bieżącym funkcjonowaniu schroniska. Kwestia ta nie pozostawia wątpliwości wobec spontanicznej reakcji ludzi chcących realnie te psy z tego miejsca uratować.
Prawo, które istnieje – i praktyka, która nie nadąża
Przepis art. 7 ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt przewiduje tryb interwencyjny w przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia. Jak podkreślił Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach w wyroku z 25 lutego 2025 r. (II SA/Gl 1310/24) – czasowe odebranie zwierzęcia może więc nastąpić zarówno w stosunku do zwierzęcia, na którego ciele widoczne są ślady związane z fizycznym dręczeniem zwierzęcia (art. 6 ust. 2 pkt 1, 1a, 4, 8, 12 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (tekst jedn.: Dz. U. z 2023 r. poz. 1580), jak i w stosunku do zwierzęcia, które pozostaje zaniedbane, np. utrzymywane jest w nadmiernej ciasnocie, w stanie nieleczonej choroby, wystawione jest na warunki atmosferyczne zagrażające jego życiu lub zdrowiu lub pozbawione jest odpowiedniego pokarmu lub wody przez okres wykraczający poza minimalne potrzeby właściwe dla gatunku. Decyzja wydana w trybie art. 7 ust. 3 ustawy ma charakter decyzji następczej, stanowiąc szczególny rodzaj rozstrzygnięcia, ponieważ stanowi zatem szczególny rodzaj decyzji, która zostaje wydana, gdy zwierzę zostało już faktycznie odebrane. Organ zobligowany jest wówczas do oceny, czy w momencie odebrania zwierzęcia właścicielowi, wystąpiły ustawowe przesłanki tej czynności. Zasadnicze znaczenie mają zatem stwierdzone warunki bytowania zwierząt oraz ich stan fizyczny istniejący w momencie odebrania zwierzęcia. A dodatkowo, w przypadku trybu interwencyjnego, zaistnienie przypadku niecierpiącego zwłoki.
Prawo zatem nie tylko dopuszcza, ale wręcz zakłada natychmiastowe działanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy mechanizm ten nie zostaje uruchomiony w praktyce.
Co ta historia mówi o nas, jako społeczeństwie?
Akcja pomocowa w Sobolewie była możliwa dlatego, że uwagę mediów wcześniej skupiła Doda (Dorota Rabczewska), inicjując ogólnopolską mobilizację na rzecz schronisk. To dzięki tej uwadze temat w ogóle przebił się do opinii publicznej, co w sprawach zwierząt wcale nie jest oczywiste, często pozostając pobocznej rangi sprawą. Sobolewo pokazuje jednak coś więcej niż siłę społecznej reakcji. Pokazuje, jak łatwo empatia obywateli zastępuje instytucjonalną odpowiedzialność. Jak często organizacje finansowane wyłącznie z darowizn przejmują rolę, którą w państwie prawa powinny pełnić organy publiczne. Tu jako zasadne pojawiają się pytania o funkcjonowanie systemu:
- Czy ochrona zwierząt działa tylko wtedy, gdy patrzą kamery?
- Czy odpowiedzialność państwa kończy się wraz z formalnym podjęciem decyzji?
- Czy zagrożenie karne za znęcanie się nad zwierzętami stanie się wreszcie realnym hamulcem, zamiast tylko przepisem w ustawie dającym przyzwolenie na wyrządzenie krzywdy?
Sobolewo nie powinno zostać zapamiętane jako incydent. To sprawdzian z tego, czy potrafimy reagować nie tylko wtedy, gdy jest głośno, ale także wtedy, gdy zostaje już tylko cisza.
„Wielkość narodu i jego postęp moralny można ocenić po sposobie, w jaki traktowane są jego zwierzęta” – mawiał Mahatma Ghandi. Dziś ten cytat brzmi, a przynamniej powinien brzmieć, jak wyrzut sumienia, dla tych którzy przyzwolili na wieloletnie cierpienie zwierząt w Sobolewie. Liczę na to, że miniona sobota skłoni do refleksji nie tylko mocno poruszone społeczeństwo, ale szczególnie polityków, skutkujących realnym podjęciem działań w zakresie obowiązujących przepisów. Wdrożenie realnych zmian w przepisach prawa to nie temat do odłożenia na potem. Przepisy w zakresie ochrony zwierząt wymagają podjęcia pilnych zmian. Zmian, które rzeczywiście zostaną wdrożone i będą konsekwentnie egzekwowane. By takie miejsca jak schronisko w Sobolewie stały się jedynie przykrym wspomnieniem na kartach naszej historii. By obecna rzeczywistość psów w wielu jeszcze schroniskach tak daleka od zapewnienia im schronienia nie pozostała utartym porządkiem. By takich miejsc na mapie Polski już nie było. Zapewnienie instytucjonalnych rozwiązań, które pozwolą na zapewnienie pokrycia kosztów opieki weterynaryjnej – w tym szeregu badań, wdrożenia specjalistycznego leczenia zwierząt, a także tak podstawowych kwestii jak prawidłowe wyżywienie czy opieka behawioralna, to konieczność, nie ewentualność.
Pomoc kosztuje
Dziś koszty te ponoszą ludzie dobrej woli poprzez wpłaty darowizn. Ci którym zależy. Którzy nie odwracają wzroku od naszych czworonożnych przyjaciół, kiedy są naprawdę w potrzebie.
apl. adw. Gabriela Mamica
No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.