Być jak Katarzyna Warnke, adw. Joanna Parafianowicz

Algorytm IG skierował mnie ostatnio do fragmentów wywiadów udzielanych przez znane kobiety: byłą żonę dziennikarza sportowego i ekspertkę od spraw kobiet, (jeszcze) żonę aktora – również aktorkę – oraz inną aktorkę, byłą żonę aktora. Każda z nich opowiadała o tym, jak układa sobie życie po rozstaniu – w kontekście wspólnych dzieci, ale też siebie samej.

Usłyszałam m.in., że: on zniszczył jej wieloletni dorobek, że dostała wpierd***, a opinia publiczna przeczołgała ją gołą d*** po kamieniach, że żadna kobieta nie zostaje samotną matką z wyboru – to decyzja podejmowana wtedy, gdy trzeba chronić dziecko i siebie, kiedy rzekomo nie ma się wyboru.

Ostatnia z pań stwierdziła natomiast, że po rozstaniu podjęła decyzję, iż będzie lubiła partnerkę swojego byłego i że jest jej wdzięczna za opiekę nad jej dzieckiem. Z perspektywy adwokata rozwodowego – teza niemal egzotyczna.

Choć nikt nie prosił, pozwolę sobie na komentarz.

Mając za sobą setki, jeśli nie tysiące spraw rozwodowych, dochodzę do wniosku, że wiele kobiet bardzo sprawnie pozycjonuje się w roli ofiary – nawet wtedy, gdy nie doświadczyły przemocy (celowo rozdzielam te pojęcia). Wina leży po stronie męża. Odpowiedzialność – po stronie męża. Historia – bez odcieni szarości.

Nie relatywizuję przemocy. Tam, gdzie ona jest, nie ma symetrii.

Twierdzę jedynie, że w ogromnej części spraw, które widzę w sądzie, rozstanie nie jest historią o „Pięknej i Bestii”. To raczej opowieść o dwojgu dorosłych ludziach, którzy przez lata podejmowali decyzje. O przemilczaniu tego, co istotne. O ucieczce w pracę. O obrażaniu się zamiast rozmowy. I – zdecydowanie zbyt często – o tym, że konsekwencje tych decyzji ponoszą dzieci.

Rola ofiary ma swoje zalety. Porządkuje chaos. Daje wsparcie. Współczucie. Moralną wyższość. Czasem kolejne zaproszenie do studia.

Ma też swoją cenę:

– odbiera sprawczość (skoro ktoś mi coś zrobił, to ja już nic nie mogę),
– niszczy współrodzicielstwo – bo trudno budować bezpieczną przestrzeń dla dziecka, jeśli drugi rodzic w naszej narracji jest wyłącznie czarnym charakterem,
– zabiera refleksję, która pozwala nie powtórzyć tych samych błędów w kolejnym związku.

Czarno-biała opowieść bywa atrakcyjna. Wygodniej jest być skrzywdzoną niż współodpowiedzialną, oskarżać niż analizować własne decyzje. Wygodniej mówić „nie miałam wyboru”, niż przyznać, że wybory były – tylko trudne.

A długofalowo? Trwanie w konflikcie. Karmienie się sporem. Utrwalanie własnej bezsilności.

Z perspektywy adwokata rozwodowego najbardziej konstruktywne są te rozstania, w których choć jedna strona potrafi powiedzieć: „Nie udało się. Oboje mamy w tym swój udział. Zróbmy to dobrze – przynajmniej dla dzieci”.

Czy to oznacza, że trzeba „lubić” nową partnerkę byłego męża albo zachwycać się patchworkiem? Oczywiście, że nie. Uznanie jednak, że inna kobieta jest częścią rzeczywistości mojego dziecka – i że nie musi być wrogiem – świadczy raczej o sile niż o słabości.

Po rozstaniu można naprawdę wiele.

Można budować nowe życie. Można odbudować siebie. Można nauczyć się czegoś o własnych granicach.

Można też wybrać rolę ofiary.

Tylko że ta rola, choć bywa medialnie atrakcyjna, rzadko prowadzi do wolności.

Joanna Parafianowicz

p.s. Nieprzypadkowo nie podałam nazwisk wspominanych na wstępie pań. Chciałabym jednak, aby więcej kobiet brało przykład z Katarzyny Warnke.

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.