Ameryka według Trumpa, apl. adw. Dominika Hauzer-Jodełko

Dobrze żyło się w epoce Pax Americana. Dolary, za które później można było się pobudować w Polsce albo przynajmniej wspomóc rodzinę kopertą z banknotami „od wujka z Ameryki”. Najlepszy sojusznik – NATO, do którego wreszcie dołączyliśmy („Boże, jak dobrze, żeśmy do niego weszli. Epokowa zmiana, teraz jesteśmy bezpieczni”). Strażnik demokracji i państwo, w którym – przynajmniej w oficjalnej narracji – respektowano prawa obywatelskie.

Nie szkodziło, że przez długi czas owa ochrona obejmowała głównie białą klasę średnią, z pominięciem rdzennych Amerykanów oraz mniejszości rasowych. Ameryka, niosąc kaganek demokracji, zaliczyła też kilka spektakularnych interwencji zbrojnych, w których – wbrew deklaracjom – częściej chodziło o ropę niż o wolność.

Stany Zjednoczone nigdy nie były w swej polityce konsekwentne. Zmieniał się styl, zmieniała się doktryna, ale jedno pozostawało stałe: nawet gdy przesadzali, przynajmniej udawali, że stoją po „tej dobrej stronie” – przeciw tyranii, komunizmowi i każdemu innemu wcieleniu zła.

Dziś Ameryka zwróciła się w kierunku, w którym można odnieść wrażenie, że jej obecny prezydent tylko przypadkowo urodził się w Nowym Jorku. Mentalnie znacznie lepiej pasowałby do dumnej Moskwy albo Petersburga.

Republikański kandydat w ostatniej kampanii zapowiadał przełom. Kraj miał wstać z kolan, biurokracja zniknąć, bieda zostać zlikwidowana, Pas Rdzy odbudowany. Obiecywał masowe deportacje nielegalnych imigrantów, spektakularny wzrost gospodarczy, pokonanie Chin, zakończenie wojny w Ukrainie w 24 godziny, a nade wszystko – przywrócenie godności białym obywatelom, rzekomo systemowo jej pozbawianym (sic).

Tymczasem 20 stycznia minął rok od objęcia urzędu przez Donalda Trumpa. Lista jego „sukcesów” jest imponująca. Obejmuje konsekwentne pomijanie Kongresu poprzez rządzenie dekretami, zwłaszcza w obszarze polityki imigracyjnej; ograniczanie procedur azylowych; samowolne rozszerzanie uprawnień służb federalnych. A przecież to Kongres stanowi prawo, prezydent je wykonuje, a sądy sprawują kontrolę. Dla obecnego lokatora Białego Domu rola tych ostatnich wydaje się jednak marginalna – zwłaszcza gdy orzeczenia okazują się mniej życzliwe, niż by sobie życzył. Idea rozporządzeń wykonawczych zostaje w ten sposób systematycznie wypaczana.

Do tego dochodzi niemal nieograniczone poszerzanie kompetencji służb imigracyjnych, które – mimo sprzeciwu władz stanowych – prowadzą działania polegające na zatrzymywaniu osób „podejrzanych” na ulicach. Efektem są co najmniej dwie śmierci obywateli amerykańskich w okolicznościach budzących poważne wątpliwości. Równolegle administracja instrumentalnie sięga po „stan nadzwyczajny”, formalnie tymczasowy, aby omijać Kongres przy przesuwaniu środków budżetowych.

A prawa człowieka? Prawa cudzoziemców? Prawo do sądu? Najpierw deportacja, potem ewentualna refleksja nad jej legalnością. Gdy zapadają orzeczenia podważające działania służb, ich adresaci często znajdują się już poza granicami kraju. Sprzeciw gubernatorów czy parlamentów stanowych okazuje się bez znaczenia – federalna machina i tak rusza dalej.

Na tym jednak nie koniec.

Prezydent demokratycznego mocarstwa chwali się zakończeniem ośmiu wojen, jednocześnie dokonując demonstracyjnych gestów wobec zbrodniarzy wojennych, ingerując w sprawy obcych państw i próbując „wyzwalać” narody wraz z ich zasobami naturalnymi. Prowadzi politykę wobec Iranu, która ma sprowokować konflikt, ale tak, by odpowiedzialność spadła na drugą stronę – jakby doświadczenia Iraku i Afganistanu niczego nie nauczyły. Bezrefleksyjnie wspiera izraelskie działania militarne na terytorium Palestyny, ignorując ich humanitarne konsekwencje.

Ameryka coraz mniej przypomina kraj, który pokochałam w filmowym „Rockym”. Coraz bardziej zbliża się do estetyki show Jerry’ego Springera. I choć wielu ekspertów próbuje racjonalizować politykę Donalda Trumpa, nie potrafię zrozumieć, jak można usprawiedliwiać systematyczne sprzeniewierzanie się wartościom i prawom, na których to państwo wyrosło – i dzięki którym dla tak wielu pozostawało marzeniem. Być może Ameryka zawsze miała swoje grzechy. Czy jednak obecny prezydent musi je aż tak ostentacyjnie eksponować?

apl. adw. Dominika Hauzer-Jodełko

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.