Lajki nie przyjdą na rozprawę

Rosnąca konkurencja na rynku usług prawnych wymusza konieczność wyróżnienia się. Prawnicy podejmują więc próby budowy tzw. „silnej marki osobistej”. Sprzyjają temu „poluzowane” zasady informowania o własnej działalności (mam jednak nadzieję, że poziomem groteski nigdy nie zbliżymy się do np. amerykańskich adwokatów zajmujących się odszkodowaniami).

Poniżej kilka osobistych przemyśleń na temat tego, jak takie próby wyglądają w praktyce. Metodą prób i błędów.

Od razu uprzedzam: jeśli oczekujecie, że promocja w social mediach automatycznie przełoży się na wzrost liczby klientów – możecie sobie oszczędzić trudu i czasu czytania dalszej części tekstu.

Nie sprzedam Wam „golden rule”, czyli przepisu na pozyskanie klienta. To tak nie działa. Jednak – jak powiedziała mi znajoma dyrektor marketingu – „Twoja obecność w social mediach jest niezbędnym elementem budowy silnej marki osobistej”. Należy przy tym pamiętać, że nic nie zastąpi świadczenia usług prawnych na wysokim poziomie ani poleceń (głównie w ramach „marketingu szeptanego”).

Nie jestem pod tym względem wyjątkiem – również chcę się pozytywnie wyróżnić. Nagrywając własny podcast („Otter Way. O prawie. Inaczej.”), przyświecała mi jednak przede wszystkim jedna idea: po pierwsze – nie zanudzić. Odczuwam pewien niedosyt, bo zapewne istnieje wiele wartościowych podcastów prawniczych, ale ograniczenia czasowe wymuszają selekcję przyswajanych treści.

Jestem także aktywny na LinkedIn, co ma związek z rolą i funkcją, jaką pełnię w kancelarii. Do tego medium podchodzę z dużą pokorą, ponieważ oczekiwania dotyczące zasięgów często rozmijają się z rzeczywistością. Przykład? Ostatnio wydawaliśmy książkę o tematyce prawnej – przedsięwzięcie wymagające czasu i wysiłku. Tymczasem, ku mojemu zdziwieniu, większe zasięgi generowały posty dotyczące np. kontrowersji wokół funkcjonowania sądów.

Morał? Nawet na tak poważnej platformie ludzi interesują przede wszystkim personalia – kto awansował, zmienił pracę, stracił ją lub się przebranżowił.

Powyższe pokazuje, że sam wciąż jestem w procesie uczenia się. Trzymam się jednak strategii, zgodnie z którą na LinkedIn jestem bardziej „na serio”.

Wciąż nie dojrzałem natomiast do – bardzo popularnych – historii o porażkach, upadkach i powrotach. Jak każdy prawnik, doświadczam zawodowych niepowodzeń. Problem w tym, że trudniej jest mi o nich mówić czy pisać. Nie wiem, na ile wynika to z kalkulacji, a na ile z cech osobowości.

Tymczasem to właśnie taki content – jak się twierdzi – czyni nas bardziej autentycznymi, a przez to… ludzkimi. Mam jednak poważne wątpliwości. To dylemat: czy potencjalny klient rzeczywiście chce czytać o osobie przegrywającej spór czy kończącej negocjacje spektakularnym fiaskiem, skoro szuka prawnika zdolnego skutecznie rozwiązać jego problem?

Z tyłu głowy mam historię, którą opowiedział mi kiedyś znajomy adwokat.

Odwiedził salon samochodowy, gdzie sprzedawca przyznał, że zwraca uwagę na to, jakim samochodem jeździ prawnik – i nigdy nie wybrałby takiego, który jeździ gorszym autem. „Panie mecenasie, jak taki prawnik miałby mi pomóc, skoro nie potrafi pomóc samemu sobie?”

Myślę, że było w tym sporo racji. Nie jestem zwolennikiem zadłużania się na nowego Mercedesa ani „lansu na kredyt”. Ta historia pokazuje jednak, jak w rzeczywistości myślą (niektórzy) klienci. W moim odczytaniu samochód nie jest symbolem pychy, ego czy zamożności – lecz sprawczości.

Nie chciałbym jednak, aby ta anegdota zaczęła żyć własnym życiem w formie viralowej interpretacji – nie to było moim zamiarem. Tym bardziej że sam jeżdżę kilkuletnim autem, więc być może sprzedawcy nie przypadłoby to do gustu…

Reasumując – nie uważam LinkedIna za właściwe miejsce do pisania „cierpień młodego Wertera”. Chętnie jednak poznam inne zdanie.

Jeśli chodzi o inne media – luźniejsze treści związane z profesją publikuję czasem na Facebooku, choć kiedyś znajomy z przedszkola powiedział mi, że to nie jest dobre miejsce na tego typu przekaz…

Nie samym prawem jednak człowiek żyje. W planach mam więc rozwój social mediów mojego „alter ego” z siłowni („legalnydzik” na Instagramie). Jako dyplomowany instruktor sportów siłowych uważam, że warto zachęcać „białe kołnierzyki” do takiej aktywności. Temu tematowi poświęcę jeden z kolejnych „pokojowych” tekstów.

Podsumowując: nie wierzę w istnienie uniwersalnej metody promocji prawnika w social mediach. Jeśli jednak rozważacie tę drogę – warto robić to w sposób, który pozwoli się wyróżnić. Nie mam bowiem przekonania, czy nagrywanie kolejnych rolek o przepisach prawa, frontem do kamery, to właściwy kierunek. Klienci, szukając prawnika, zobaczą na Instagramie dziesiątki takich materiałów. W czym Wasz będzie wyjątkowy?

Na koniec: wyświetlenia czy lajki nie są powodem do radości. Budują jedynie zasięgi. Koniec końców znaczenie ma to, czy nowy klient napisze lub zadzwoni.

dr adw. Łukasz Wydra

Share Post
No comments

Sorry, the comment form is closed at this time.