Mundur pruskiego oficera
Ostatnie orzeczenie jednego z polskich sądów, podważające wyrok rozwodowy wydany przez tzw. „neo-sędziego”, powinno skłaniać nie tylko do refleksji, lecz także do bicia na alarm.
Ponad dwie dekady temu na zajęciach z prawa administracyjnego uznany profesor prawa tłumaczył m.in. niżej podpisanemu, czym jest nieakt administracyjny, na osobliwym przykładzie. Wiele lat temu w Prusach pewien człowiek kupił sobie mundur oficera i wydawał decyzje administracyjne, będąc do tego całkowicie nieuprawniony.
Tamten wykład przypomina mi się ilekroć słyszę o kolejnych potyczkach prawnych mających przesądzić, kto aktualnie jest sędzią. Pruski mundur to nic innego jak alegoria obecnej sytuacji w sądach.
Zburzenie Bastylii
Strony sporu o sądownictwo zdają się przemilczać jeden, arcyistotny społecznie, fakt. Nie można uznać, że orzeczenia wydane przez nie-sędziów mogą być – obojętne pod jakimi warunkami – utrzymane w obrocie prawnym jako judykaty w majestacie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Założenie przeciwne przeczy elementarnym zasadom: intelektowi i logice.
Spór o sądownictwo od dawna wykracza poza ramy prawne, chociaż tak chcieliby go widzieć niektórzy prawnicy. Nie podejmuję się rozstrzygać, które rozwiązanie jest systemowo najlepsze, czy jak usunąć chaos prawny powstały po 2015 r. O tym zdecydują politycy.
Jednak w skali makro rzecz dotyczy setek tysięcy, jeśli nie milionów, sędziowskich rozstrzygnięć. Tylko spraw gospodarczych, którymi zajmuję się zawodowo, wpływało do niedawna ok. 1,5 mln rocznie. Nietrudno więc wyobrazić sobie skalę problemu.
Wyobraźmy sobie, że ktoś autorytarnie stwierdza: wadliwie nominowani sędziowie „ubrali pruski mundur”, a ich rozstrzygnięcia w istocie nie stanowią wyroków. Ktoś musiałby to zakomunikować społeczeństwu. Nie widzę takiego śmiałka. Historia magistra vitae est i dźwięczą w głowie przypadki: króla Popiela, (podobno) zjedzonego przez myszy; premiera Szwecji zamordowanego przez wściekły tłum; samosądu na małżeństwie Ceaușescu czy zburzenia Bastylii. Te przykłady to skrajna aberracja. Jednak pokazują one jak w skrajnych warunkach może zareagować rozentuzjazmowany lud.
Węzeł gordyjski
Wrota do Dantejskiego piekła upiększone są cytatem o „porzucaniu nadziei” przez wchodzących w czeluści szatańskiego królestwa. Od dawna mówię urbi et orbi, że spór o sądownictwo jest nierozwiązywalny na poziomie prawnym. Powód? Większość „tautologii okołosądowych” cechuje się niespójnością i niekonsekwencją (złośliwi użyją pewnego słowa z greki, zaczynającego się na „h”, a kończącego na „a”). Dość, by wskazać następujący przykład: Konstytucja stanowi, że skład Krajowej Rady Sądownictwa może być ukształtowany dowolnie więc obsada KRS przez polityków (chyba) nie powinna być problemem. Tymczasem, jest to kwestionowane w orzecznictwie. Dalej, niby mamy wadliwie powołanych sędziów, ale nie eliminuje się (czy na pewno?) z obrotu prawnego orzeczeń, które wydali. Kolejno: kraje członkowskie Unii Europejskiej mają autonomię ustrojową w zakresie organizacji sądownictwa, jednak Komisja Europejska interesuje się polską praworządnością-sądownictwem. Niektórzy powiedzą, że politycy nie powinni brać udziału w procesie nominacji sędziów, bo to wypacza niezawisłość; ale ci sami politycy mogą nominować sędziów Trybunału Konstytucyjnego, czy Trybunału Stanu. Wreszcie, jest ok, gdy w sądach wciąż zasiadają jednostki nominowane przez juntę Jaruzelskiego, ale już nie gdy to samo (pośrednio) czyni demokratycznie wybrany parlament. Na koniec moje crème de la crème: politycy lub zaangażowani politycznie koledzy po fachu niekwestionujący korzystnych dla nich orzeczeń tzw. „neo-sędziów”.
Gdyby zatem zapytać starego rabina, co o tym sądzi – zapewne rozbolałaby go głowa…
Nic dziwnego, wszak większość argumentów oznacza „okopanie się na swoich pozycjach”. Chociaż nierzadko bywa tak, że poglądy sprzed 2023 r. się zdezaktualizowały, dziś tylko grają niczym echo rogu Wojskiego. Ówcześni herosi praworządności stali się ideowo wątpliwi (nie daj Losie, zostali symetrystami). Wreszcie, sprawcy sądowego galimatiasu utyskują, że Hannibal ante portas (czytaj: praworządności brak).
Co „zamiast”?
Dobrze, że politycy podejmują próby uporządkowania zastanego bałaganu. Źle, że przy tym dokonują niebywałych wolt intelektualnych, wspierani przez przyjaznych im prawników.
Powrót do status quo ante bellum wydaje się wątpliwy. Uczestników systemu wymiaru sprawiedliwości (w tym niżej podpisanego) doświadcza rosnąca niepewność. Również „biznes” „sądzi się” rzadziej. Niby człowiek już wcześniej empirycznie wiedział, że pójście do sądu niekoniecznie musi oznaczać znalezienie sprawiedliwości, ale nie przypominam sobie, abym po studiach musiał głowić się nad casusem pruskiego „generała”. Dochodzi też subiektywny, wpajany w toku szkolenia prawników, szacunek dla sądów i sędziów jako instytucji państwa. Słabe sądy to słabe państwo i absurdem jest z tym polemizować.
Równolegle, coraz wymyślniejsze stają się pomysły niektórych sędziów, jak odłożyć w czasie merytoryczne rozstrzygnięcie. Dla mnie ostatnie tygodnie to zawieszenie dwóch „bliźniaczych” postępowań na zupełnie różnych podstawach prawnych. Jednak felieton, literacko luźniejsza przecież forma, to nie miejsce na „krokodyle łzy”.
Biblijny Jan Chrzciciel miał nawoływać do „prostowania dróg Pańskich”. Nie aspirując do takiej roli, aż chce się zawołać: zacznijcie masowo korzystać z arbitrażu i mediacji. To naprawdę działa.
Przy okazji można w ten sposób pomóc także sędziom cywilnym.
Łukasz Wydra
Autor jest adwokatem, doktorem nauk prawnych, partnerem w kancelarii Jabłoński Koźmiński i Wspólnicy w Warszawie
No comments
Sorry, the comment form is closed at this time.