snapchat
menu
Szukaj

Nawet mediacja nie pomoże, adw. Joanna Parafianowicz

W sprawach, w których zawarcie ugody jest dopuszczalne, sąd dąży w każdym stanie postępowania do ich ugodowego załatwienia, w szczególności przez nakłanianie stron do mediacji. Mediacja zaś jest dobrowolna. Mimo tego, prawdopodobnie jednak znaczna część prawników praktykująca w obszarze spraw rozwodowych spotkała się z przypadkami takich działań sądu, które mniej zdają się mieć wspólnego z obowiązkiem nałożonym nań przez ustawodawcę w przepisie art. 10 k.p.c., a więcej – z tak namolnym namawianiem do zrezygnowania przez strony z dochodzenia winy drugiego małżonka za rozpad pożycia, iż nietrudno jest pomylić dążenie przewodniczącego do zrealizowania postulatu szybkości postępowania, z chęcią „odfajkowania” sprawy w statystyce. Niestety, często w oderwaniu od okoliczności sprawy i faktu, że po drugiej stronie sędziowskiego stołu stają – nie liczby, lecz ludzie z krwi i kości, dla których rozwód często jest symbolem, nie tylko nowej drogi życiowej, ale także sposobem na uporanie się z przeszłością.

Choć przyjmuje się, że do obarczenia małżonka współwiną za rozpad małżeństwa wystarczy 1% jego wkładu własnego w ten stan rzeczy, są sytuacje, w których trudno dziwić się komuś, kto zmierza do ustalenia winy drugiej strony i podjęcia ryzyka, że także i on sam może być nią obarczony. Zdarza się też w praktyce, że okoliczności sprawy z definicji niemalże wykluczają zasadność nakłaniania stron do mediacji – stwierdzone wyrokiem sądu karnego lub chociażby opisane i poparte dowodami w akcie oskarżenia znęcanie się nad członkiem lub członkami rodziny, nadużywanie lub uzależnienie od alkoholu lub innych substancji i stanów, udokumentowane przypadki pobić, zdrad, czy nadużyć finansowych zmierzających do uszczuplenia wspólnego majątku. Mimo to, w niektórych sprawach, na każdej niemal rozprawie sąd w najlepszym wypadku pyta, czy strony zmieniły zdanie co do mediacji i widzą możliwość zawarcia ugody, w najgorszym zaś – wygłasza regularne, długie tyrady o wyższości zgody nad jej brakiem oraz uwagi na temat tego, że z rozwodem jest tak jak z maturą, po latach ważne jest tylko to, aby ją mieć, niezależnie od otrzymanych ocen.

Czy rzeczywiście tak jest?

Rozstanie z małżonkiem, to często głęboka rana, której zagojenie się wymaga czasu, ale też przeżycia straty i pogodzenia się z nią. Ono zaś możliwe jest także za sprawą zrozumienia, gdzie popełniony został błąd, czy winne mu są obie strony, czy też – wyłącznie jedna z nich. Rozwód, to zatem dla wielu osób nie tylko papierek niezbędny do powrotu do dawnego nazwiska, czy gruba kreska oddzielająca wczoraj od jutra, lecz przede wszystkim sposób na rozliczenie się z przeszłością. Często także – z partnerem. Po co? Dla samego siebie.

Warto pamiętać, choć jest to nieekonomiczne (czasowo i finansowo), że ustalenie przyczyn rozpadu związku może mieć istotne znaczenie dla obrania dalszej drogi życiowej. Może pozwolić dostrzec własne błędy, wskazać je drugiej stronie oraz dać solidne podstawy po temu, aby rozwodnik w przyszłości stworzył udany związek z inną osobą, niezależnie od tego, czy był sprawcą rozpadu poprzedniego, czy też nie. Wszystko to jednakże pod warunkiem, iż przejdzie się przez wszystkie cztery fazy, charakterystycznie nie tylko żałobie, ale i rozwodowi: zaprzeczanie, smutek, gniew i rekonstrukcję (etap spokojnej analizy tego, co miało miejsce, i planowania tego, co będzie). Wydaje się, że postępowanie rozwodowe nie powinno być zatem traktowane po macoszemu, ani przez strony, ani przez składy orzekające i choć w granicach rozsądku – powinno trwać. Zważywszy zaś na fakt, iż o orzeczenie winy częściej zdają się ubiegać żony, niż mężowie, stwierdzić można, iż wiele racji jest w słowach piosenki: ‘Kiedy od mężczyzny odchodzi kobieta, to odchodzi kobieta. A kiedy od kobiety odchodzi facet, to wali jej się cały świat.” (Artur Andrus). Aby go odbudować, warto wiedzieć, co poszło nie tak.

Felieton ukazał się w Rzeczpospolitej – Rzecz o prawie w dniu 10 kwietnia 2018 r.

 

komentarze